Pokazywanie postów oznaczonych etykietą copywriting. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą copywriting. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 czerwca 2012

Lustro finansów osobistych

Po dokładniejszym już zapoznaniu się z ofertą wydawnictwa Złote Myśli i „kupieniu” na jego stronie kilku darmowych e-booków zdecydowałem się na zakup pierwszej płatnej książki: Andrzej Mańka, Jak o pieniądzach myślą bogaci i dlaczego biedni robią błąd, myśląc inaczej (http://planowanie-finansowe.zlotemysli.pl/polecamzprzekonaniem,1/).

Już nie pamiętam dokładnie, co zaważyło w sposób decydujący na moim wyborze. W każdym razie tekst oferty sprzedażowej oraz darmowy fragment okazały się dostatecznie perswazyjne. Zainteresowały mnie i przekonały. Można powiedzieć: były komercyjnie skuteczne.

Przy czym obecnie, już po przeczytaniu, a właściwie pochłonięciu całego dzieła, w żadnej mierze nie czuję się zmanipulowany, wykorzystany, naciągnięty. Wręcz przeciwnie, z tym większym uznaniem myślę o kunszcie copywriterskim autorów oferty, którym udało się uchwycić coś istotnego z przesłania książki, ani jednym zbędnym słowem nie wpadając w przesadę, nie przechwalając jej, nie przereklamowując. A w tamtym momencie, gdy decydowałem się na prawdziwy zakup online (ba, pierwszy w życiu!), każda fałszywa nuta w tym sprzedażowym przekazie natychmiast by mnie odwiodła od złożenia zamówienia.

Możliwe, że zahipnotyzowało mnie hasło „myślenie”, użyte dwukrotnie już w samym tytule. Pieniądze i myślenie, finanse i intelekt – cóż za intrygujące sprzężenie dwóch tajemniczych dziedzin rzeczywistości.

Pieniądze są przedmiotem myślenia. O pieniądzach się myśli. Myślą o nich bogaci i biedni. Problem tylko w tym, w jaki sposób myślą o nich jedni i drudzy. A jak dodaje również tytuł, niektóre sposoby myślenia mogą być błędne.

Właśnie owo „jak” myślenia o finansach decyduje o tym, że jedni osiągają zamożność i wiodą szczęśliwe, dostatnie życie, inni natomiast doznają rozległych niszczycielskich skutków trwania w błędzie; destrukcyjnych we wszystkich wymiarach ich życia.

Więc już sam tytuł stanowi wystarczającą zachętę do sięgnięcia w głąb siebie. Do zapytania: a jak to jest u mnie?

Każdy może się tu przejrzeć jak w lustrze. Rozpoznać swoje własne schematy myślenia o pieniądzach. Przyjrzeć się im. Zidentyfikować blokady. Zastanowić się nad ich genezą. Przemyśleć ich uwarunkowania psychologiczne, religijne czy historyczne. A żywa, dociekliwa inteligencja autora, jego różnorodne zainteresowania i szerokie perspektywy poznawcze są doskonałym katalizatorem prywatnych odkryć i doświadczeń „eureka!”.

Muszę powiedzieć, że we mnie osobiście taka towarzysząca czytaniu mimowolna samoanaliza wytworzyła znaczny dyskomfort. Nie spodziewałem się aż tak wielkich wpływów „biednego Polaka” w moim życiu. Prawdę mówiąc, nie chcę o tym pisać. To zbyt osobiste. Nawet jak na tę nieoficjalną czy półoficjalną konwencję bloga. I nawet pomimo ogólnokrajowego zakresu opisywanych zjawisk, w których każdy współplemieniec może to i owo rozpoznać w sobie.

Pocieszam się tym, że także samo dzieło wyrosło z dyskomfortu. Z wielkiego dyskomfortu autora, który w pewnym momencie przeżył aż do bólu nieznaczny z pozoru błąd w swoim myśleniu o finansach. Ot, taki niepozorny błędny schemat, który przez lata pozostawał gdzieś w tle, uśpiony, nierozpoznany, a jednak w pewnej chwili niespodziewanie się ujawnił i głęboko zdezorganizował życie piszącemu, rozsypał jego „życiowe puzzle”.

Cóż znaczy zadowolenie z dobrego, udanego zakupu... Bo nie mam najmniejszej wątpliwości co do tego, że książka warta jest swojej ceny. Odnoszę nawet wrażenie, że cena niższa byłaby czymś niepoważnym, nielicującym z wartością dostarczonej treści. 

Spisuję te ogólne impresje w trakcie powtórnej lektury całości. Podejrzewam jednak, że nie skończy się na tym drugim czytaniu. I na tym drugim już wpisie. Książka zdecydowanie okazała się dla mnie dziełem ważnym. Zawiera przy tym mnóstwo wątków i tropów na tyle dla mnie nowych, że nie mogło być mowy o ich dokładniejszym zbadaniu. Dlatego z pewnością jeszcze do niej wrócę na blogu.

czwartek, 16 lutego 2012

Sonja Lyubomirsky – ewangelizatorka szczęścia

Niektóre nowości wydawnicze zapisują się w pamięci już samym swoim tytułem. Zerkniesz w księgarni na okładkę – i momentalnie następuje swoisty imprinting. Tytułowe przesłanie wdrukowuje ci się w umysł na trwałe. To prawdziwa sztuka wymyślić tytuł, który informowałby z grubsza o treści dzieła i zarazem sam w sobie był potężnym atraktorem.

Taką siłą atrakcji niewątpliwie odznacza się tytuł książki Wybierz szczęście (tytuł oryginału: The How of Happiness). I taki kunszt najwidoczniej posiadła jej autorka, Sonja Lyubomirsky, jak również jej zdolni redaktorzy, copywriterzy oraz wydawcy, amerykańscy i chyba w jeszcze większym stopniu polscy (od tej chwili będę mówił wyłącznie o edycji polskiej). Nawet gdybyś nie miał czasu, by wziąć ją do ręki, utkwi ci w mózgu zawarta w tytułowej frazie prometejska sugestia, że szczęście zależy od ciebie, że jest kwestią twojego wyboru, więc masz wziąć je we własne ręce.

Dwa tytułowe słowa działają przez zaskoczenie. Bo przeciętny docelowy odbiorca uważa, że szczęście nie zależy od niego, biednego śmiertelnika, bezsilnej igraszki kosmicznych sił, ofiary fatum. Szczęście – to szczęście. Ma się je lub się go nie ma. Dostaje się od losu ten jego przysłowiowy łut lub się go nie dostaje. Jak w Lotto.

I nagle ktoś uderza w te mentalne nastawienia i autorytatywnie ci perswaduje, że masz się swoim szczęściem zająć. I to nie tylko masz mu pomóc, lecz masz je wykreować. A gdy zaintrygowany (złapałeś się już na haczyk) sięgniesz po przyjemnie wyglądający tom, uderzy cię kolejnym atraktorem, podtytułem: Naukowe metody budowania życia, jakiego pragniesz.

W tym momencie doświadczasz potężnego przypływu szacunku dla autorki. Jej rzeczowa i zarazem miodopłynna retoryka szybko przełamuje twoje opory. Magiczne słowa „nauka” i „metoda” sprawiają, że już po chwili psycholog z Kalifornii staje się dla ciebie wyrocznią. Mentorem, coachem i trenerem w jednej osobie. A poetycka subtelność, z jaką trąca struny twoich najgłębszych pragnień, harmonijnie połączona z odwołaniem się do twojej rzemieślniczej pracowitości, z miejsca czyni ją twoim felicytologicznym guru.

Jeszcze tylko jeden dopisek na okładce jakby od niechcenia upewnia cię, że konkretnie „aż 40 procent szczęścia zależy od ciebie”, i już wiesz na pewno, że chcesz tego: budować, budować, budować. Cegiełka po cegiełce systematycznie wznosić solidny gmach swojego szczęścia. Fantazyjną konstrukcję życia, jakiego pragniesz. Finezyjny pałac, w którym zamieszkasz i będziesz żył długo i szczęśliwie.

Słowa prowadzą cię po nitce do kłębka. Jak w transie wchodzisz do środka i trafiasz na centralną część dzieła: rozdział o „dwunastu działaniach budujących szczęście”. Wiesz już, co robić. Wiesz, jak działać. Jesteś pozyskany na dobre. Kupiony na amen.

środa, 4 stycznia 2012

Vitale dla opornych

Jakoś wyjątkowo ciężko mi było po tym długim okresie świąteczno-noworocznym zebrać myśli i napisać parę nowych zdań. A trochę się w tym czasie działo. Także w dziedzinie mojego wgryzania się w zagadnienia rozwoju osobistego i motywacji.

Tuż przed Sylwestrem wstąpiłem do hipermarketu Auchan i na półkach z książkami zauważyłem pięknie wydany tom kolejnej książki Joego Vitale Zero ograniczeń. Od razu przypomniałem sobie, że wciąż mam w czytaniu jego Klucz do sekretu. Kartkując nowe dzieło przypomniałem też sobie podobną sytuację, gdy dwa lata temu w innym hipermarkecie (Tesco) przeglądałem tę drugą, chwilowo odłożoną na bok „pozycję księgarską”.

Wtedy Klucz do sekretu nie zrobił na mnie wrażenia. Już sam tytuł wzbudził we mnie nieufność. Jak na mój gust był zbyt bezpośredni, natarczywy, dziś powiedziałbym: podejrzanie hipnotyczny. „Jeszcze jeden amerykański cudotwórca, już na wstępie bez ogródek obiecujący tajemne hasło do Sezamu”, pomyślałem z przekąsem.

Moja niechęć jeszcze bardziej się wzmogła, gdy przeczytałem parę zdań o zalecanych przez autora magicznych technikach oczyszczania umysłu, których nie byłbym w stanie zaaplikować sobie bez utraty szacunku do siebie. „Typowy dla New Age eklektyczny miks wszelkich możliwych zabobonów, podlany pseudonaukowym sosem”, stwierdziłem. Dość szybko odłożyłem Klucz na półkę i zagłębiłem się w innych, mniej bajkowych i metafizycznych, za to moim zdaniem o wiele ciekawszych, bardziej realistycznych nowościach.

Nieznanego mi dotąd autora potraktowałem jak jakiegoś jarmarcznego kuglarza, albo szamana próbującego za pomocą tajemniczo brzmiących zaklęć wywołać halucynacyjne wizje w umysłach naiwnych i łatwowiernych biedaków sfrustrowanych niepowodzeniami. Nie mogę nawet powiedzieć, że o nim zapomniałem, bo w ogóle nie zapisał mi się w pamięci. Może tylko poprzez obraz okładki i na tyle jedynie, żebym powstrzymał się od ponownego sięgnięcia przypadkiem po tę książkę.

Cóż się więc stało, że przełamałem moje pierwotne, negatywne nastawienie? Co takiego się wydarzyło od tamtej chwili, że obecnie wziąłem do ręki książkę Joego Vitale nie tylko bez niechęci, lecz z prawdziwym zaciekawieniem?

Możliwe, że spowodowała to seria filmów w Youtube i pełnych respektu opinii rzucanych od czasu do czasu przez tak rzeczowych i skutecznych guru e-biznesu jak Piotr Majewski, Paweł Krzyworączka czy Sebastian Schabowski. Musiało być coś naprawdę perswazyjnego w całym tym „szeptanym marketingu”, w którym w tej chwili nie potrafię już wyodrębnić decydujących impulsów.

Możliwe, że jakoś szczególniej przemówiły do mnie ta piętnastoletnia bieda i bezdomność Vitalego. Ktoś, kto przeżył takie pasmo trudności i umiał je przezwyciężyć, na pewno nie jest jakimś beztroskim bajarzem, nieodpowiedzialnym storytellerem.

Tak czy siak, słowo do słowa i opinia do opinii, a w końcu także we mnie zaczął się stopniowo rodzić respekt i zaufanie.

Chciałbym przeczytać coś więcej o tamtym okresie porażek. Interesuje mnie ich pokonywanie. Coś niecoś na ten temat odkryłem ostatnio we fragmencie jeszcze innej książki Joego Vitale, Przebudź się!, udostępnionym na stronie wydawcy. Ale to za mało.

Nawiasem mówiąc, w tym ostatnim tekście zauważyłem mnóstwo urzekająco pięknych sformułowań, pojedynczych fraz i całych akapitów na różne inne tematy. Tak, z pełną świadomością mówię: „urzekająco pięknych”, mimo iż obecnie doskonale zdaję sobie sprawę, że napisał je sam Mr. Fire, e-marketingowiec metodycznie implementujący w swym copywritingu zdobycze hipnozy, w dodatku mistrz gatunku. Biorę na to poprawkę, mam się na baczności – i nadal podtrzymuję swą ocenę, jaka nasunęła mi się już na podstawie pierwszego wrażenia, już po pierwszym czytaniu, kiedy to co kilka zdań przeżywałem takie mniejsze lub większe satori.

Przykład? Wystarczy prześledzić w tym tekście to, co Vitale pisze o medytacji. Zatrzymać się dłuższą chwilę zwłaszcza przy sugestii, byśmy całe nasze życie zamienili w jedną wielką, nieustającą medytację, prowadzącą do zjednoczenia z Boskim Duchem (s. 117). Któż nie powita takiej zachęty z radością, obojętnie, czy mnich, czy biznesmen, obojętnie z jakiej tradycji. Któż by nie pragnął takiej medytacji, nie odizolowanej od działania, lecz niejako rozkwitającej efektywnym działaniem.

Piękne teksty są ważne w każdej działalności. Bo, jak mówi Cyprian Norwid, „piękno na to jest, by zachwycało do pracy”.

Tego estetycznego aspektu tekstów motywacyjnych z całą pewnością nie wolno lekceważyć. Zarazem jednak rodzi się pytanie, czy mamy je traktować wyłącznie jako zjawiska estetyczne. Czy mamy śledzić myśli autora jak urokliwe obłoczki sunące po niebie, tworzące fantastyczne kształty, relaksujące, uruchamiające grę swobodnych skojarzeń, budzące marzenia, uwalniające kreatywność i inspirujące do twórczych działań. Śledzić je z zapartym tchem, tutaj czytaj: z niesłabnącą obawą, że za pierwszym silniejszym podmuchem dyskursywnego myślenia bezpowrotnie się rozwieją.

Ale to już temat na dalsze drążenie.