Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 czerwca 2012

Lustro finansów osobistych

Po dokładniejszym już zapoznaniu się z ofertą wydawnictwa Złote Myśli i „kupieniu” na jego stronie kilku darmowych e-booków zdecydowałem się na zakup pierwszej płatnej książki: Andrzej Mańka, Jak o pieniądzach myślą bogaci i dlaczego biedni robią błąd, myśląc inaczej (http://planowanie-finansowe.zlotemysli.pl/polecamzprzekonaniem,1/).

Już nie pamiętam dokładnie, co zaważyło w sposób decydujący na moim wyborze. W każdym razie tekst oferty sprzedażowej oraz darmowy fragment okazały się dostatecznie perswazyjne. Zainteresowały mnie i przekonały. Można powiedzieć: były komercyjnie skuteczne.

Przy czym obecnie, już po przeczytaniu, a właściwie pochłonięciu całego dzieła, w żadnej mierze nie czuję się zmanipulowany, wykorzystany, naciągnięty. Wręcz przeciwnie, z tym większym uznaniem myślę o kunszcie copywriterskim autorów oferty, którym udało się uchwycić coś istotnego z przesłania książki, ani jednym zbędnym słowem nie wpadając w przesadę, nie przechwalając jej, nie przereklamowując. A w tamtym momencie, gdy decydowałem się na prawdziwy zakup online (ba, pierwszy w życiu!), każda fałszywa nuta w tym sprzedażowym przekazie natychmiast by mnie odwiodła od złożenia zamówienia.

Możliwe, że zahipnotyzowało mnie hasło „myślenie”, użyte dwukrotnie już w samym tytule. Pieniądze i myślenie, finanse i intelekt – cóż za intrygujące sprzężenie dwóch tajemniczych dziedzin rzeczywistości.

Pieniądze są przedmiotem myślenia. O pieniądzach się myśli. Myślą o nich bogaci i biedni. Problem tylko w tym, w jaki sposób myślą o nich jedni i drudzy. A jak dodaje również tytuł, niektóre sposoby myślenia mogą być błędne.

Właśnie owo „jak” myślenia o finansach decyduje o tym, że jedni osiągają zamożność i wiodą szczęśliwe, dostatnie życie, inni natomiast doznają rozległych niszczycielskich skutków trwania w błędzie; destrukcyjnych we wszystkich wymiarach ich życia.

Więc już sam tytuł stanowi wystarczającą zachętę do sięgnięcia w głąb siebie. Do zapytania: a jak to jest u mnie?

Każdy może się tu przejrzeć jak w lustrze. Rozpoznać swoje własne schematy myślenia o pieniądzach. Przyjrzeć się im. Zidentyfikować blokady. Zastanowić się nad ich genezą. Przemyśleć ich uwarunkowania psychologiczne, religijne czy historyczne. A żywa, dociekliwa inteligencja autora, jego różnorodne zainteresowania i szerokie perspektywy poznawcze są doskonałym katalizatorem prywatnych odkryć i doświadczeń „eureka!”.

Muszę powiedzieć, że we mnie osobiście taka towarzysząca czytaniu mimowolna samoanaliza wytworzyła znaczny dyskomfort. Nie spodziewałem się aż tak wielkich wpływów „biednego Polaka” w moim życiu. Prawdę mówiąc, nie chcę o tym pisać. To zbyt osobiste. Nawet jak na tę nieoficjalną czy półoficjalną konwencję bloga. I nawet pomimo ogólnokrajowego zakresu opisywanych zjawisk, w których każdy współplemieniec może to i owo rozpoznać w sobie.

Pocieszam się tym, że także samo dzieło wyrosło z dyskomfortu. Z wielkiego dyskomfortu autora, który w pewnym momencie przeżył aż do bólu nieznaczny z pozoru błąd w swoim myśleniu o finansach. Ot, taki niepozorny błędny schemat, który przez lata pozostawał gdzieś w tle, uśpiony, nierozpoznany, a jednak w pewnej chwili niespodziewanie się ujawnił i głęboko zdezorganizował życie piszącemu, rozsypał jego „życiowe puzzle”.

Cóż znaczy zadowolenie z dobrego, udanego zakupu... Bo nie mam najmniejszej wątpliwości co do tego, że książka warta jest swojej ceny. Odnoszę nawet wrażenie, że cena niższa byłaby czymś niepoważnym, nielicującym z wartością dostarczonej treści. 

Spisuję te ogólne impresje w trakcie powtórnej lektury całości. Podejrzewam jednak, że nie skończy się na tym drugim czytaniu. I na tym drugim już wpisie. Książka zdecydowanie okazała się dla mnie dziełem ważnym. Zawiera przy tym mnóstwo wątków i tropów na tyle dla mnie nowych, że nie mogło być mowy o ich dokładniejszym zbadaniu. Dlatego z pewnością jeszcze do niej wrócę na blogu.

wtorek, 1 maja 2012

Źródło problemów i zło konieczne

Wstępnie, więc szybko i pobieżnie zapoznałem się z omówieniem książki Andrzeja Mańki Jak o pieniądzach myślą bogaci i dlaczego biedni robią błąd, myśląc inaczej (dostępna w różnych wersjach TUTAJ).

W tytule serii Bogaty Polak, biedny Polak od razu rozpoznałem ciekawą aluzję do słynnego bestsellera Roberta Kiyosaki Bogaty ojciec, biedny ojciec.

Jeszcze bardziej zainteresował mnie dramatyczny epizod, od którego na dobre zaczęła się pasjonująca przygoda przyszłego eksperta z rozwojem własnej inteligencji finansowej. Musiał się poczuć nieźle upokorzony, dotknięty do żywego, wścieknięty.

Ale nie zrozpaczony, jak tysiące innych Polaków w podobnej sytuacji, o których mówią przytoczone ponure statystyki.

Stało się dla mnie jasne, że książka zrodziła się z ogromnych emocji, z pozytywnej agresji, z wielkiego gniewu – na siebie.

Przebiegłem wzrokiem parę dalszych akapitów polecającego tekstu i zatrzymałem się na dłużej przy pasku odtwarzacza, żeby przesłuchać fragment książki w wersji audio.

I oto gdy tylko nacisnąłem trójkącik playera, spiker łagodnym mentorskim tonem, dziwnie powoli i wyraźnie, jakby mu specjalnie zależało na tym, żebym to akurat ja nie uronił ani jednego słowa, zaczął cedzić takie oto stwierdzenie autora:

„Biedny Polak nie dostrzega związku między swoją kondycją finansową i cechami charakteru. Uważa pieniądze za źródło problemów lub co najwyżej zło konieczne. Stawia w swoim umyśle i swoim życiu wyraźną barierę między wiedzą o pieniądzach i stosunkiem do nich a stylem życia i swoimi nawykami”.

Niemal podskoczyłem z wrażenia. Skąd facet tyle o mnie wie?!

sobota, 28 kwietnia 2012

Edukacja, której nie daje żadna szkoła

W książce Arkadiusza Bednarskiego Żyj i bogać się! (obszerniejsze omówienie oraz samą książkę możesz znaleźć TUTAJ) tak na pierwszy rzut oka zaciekawiły mnie dwie rzeczy: pojęcie blokady finansowej oraz uwagi o edukacji finansowej.

O tym, że „pieniądze szczęścia nie dają”, słyszałem od niepamiętnych czasów. A słowa te utrwaliła mi w pamięci na dobre piosenka Danuty Rinn, mimo że lekko się do nich dystansuje.

Powiedzonko, że „pieniądze to nie wszystko”, inny popularny temat szkolnych wypracowań (gotowe rozprawki oferują serwisy Bryk.pl i Ściąga.pl), także rejestrowałem tak często, że już nawet nie kojarzę go z konkretną osobą, a przyjmuję, że powtarzali je prawie wszyscy bliscy.

Ideał człowieka „biednego, ale uczciwego” wpajała mi w dzieciństwie szkoła i katecheza religijna (zaskakująco zgodnie, jak na czasy PRL, ale cóż, wtedy nie było szans na to, żeby jakiś prekursor ojca Fabiana Błaszkiewicza głosił rekolekcje o „dobrym bogaczu”). A jeszcze długo potem, czyli całkiem niedawno, przerabiałem ten wątek z synem piszącym wypracowanie na temat legendy o Złotej Kaczce, kończącej się dobitnym morałem: „Nie dukat paniczu daje szczęście ino praca i zdrowie”.

Zastanawiając się nad tymi oraz pozostałymi wyliczonymi przez Arkadiusza Bednarskiego obiegowymi przekonaniami na temat pieniędzy i bogactwa stwierdzam, że niestety wychowałem się pod wpływem wszystkich tych uprzedzeń.

Rozpoznaję też w sobie przytłaczającą większość wyliczonych przez autora w kolejnej liście oznak blokady finansowej (może z wyjątkiem uczucia zawiści i zazdrości).

Zdecydowanie muszę się „przeprogramować”, bo żyć dalej z takimi ograniczającymi negatywnymi wzorcami mentalnymi nie ma potrzeby i nie warto.

Najwyższy czas się reedukować. Nigdy nie jest za późno, żeby wykonać krok we właściwym kierunku. Zawsze wierzyłem w ideę longlife education, uczenia się przez całe życie. W szczególnym wypadku oznacza to również: longlife reeducation

Co się tyczy edukacji finansowej, autor wymienia ją jako jeden z czterech rodzajów edukacji. Oprócz niej wyróżnia edukację szkolną, zawodową i życiową.

Wśród wszystkich wyróżnionych przez siebie rodzajów edukacji „ze względu na rosnącą rolę pieniądza” uważa ją za „najbardziej przydatną”, aczkolwiek zaznacza, że „z nich wszystkich jest najtrudniej dostępna”.

Czy już samo to nie jest ciekawe?

Wyspecjalizowane szkoły ekonomiczne przekazują jedynie, zdaniem autora, wiedzę finansową dotyczącą zarządzania finansami innych osób i instytucji oraz finansami publicznymi (wiedzę zresztą, jak przekonuje, niepraktyczną i nieefektywną). Zarzuca im, że raczej nie uczą zarządzania finansami własnymi. Wcale też nie gwarantują zamożności. Ich absolwenci często sami borykają się z problemami finansowymi.

Zatem edukacja najbardziej przydatna, a najtrudniej dostępna. Nieosiągalna właśnie tam, gdzie można by się spodziewać ją zdobyć. Zdobywana natomiast, jak mówi autor, „przy okazji”.

Co to może dokładniej znaczyć? Z pewnością to, że zdobywana na ogół w trakcie edukacji pozaszkolnej, pozaprogramowej, nieformalnej. Bez podręczników, zeszytów do ćwiczeń, seminariów, warsztatów i praktyk. Bez rozliczania za realizację programu. Bez stopni. Na zasadzie samokształcenia. I pewnie metodą prób i błędów. W sposób okazjonalny, a więc z jednej strony spontaniczny, bazujący na żywej inteligencji, lecz z drugiej strony niezorganizowany, niesystematyczny, niemetodyczny, przypadkowy i pewnie w dużej mierze chaotyczny, jak popadnie. Od lepszych lub gorszych praktyków, jak komu się poszczęści.

Zdumiewające.

Chcąc wypełnić tę dotkliwą lukę, Arkadiusz Bednarski oferuje książkę proponującą przede wszystkim bardziej przyjazne pieniądzom i bogactwu wzorce mentalne oraz odpowiednią wiedzę. Prezentuje i analizuje rozmaite strategie zdobywania pieniędzy i bogacenia się.

Na ile można jego książce zaufać? Chyba najlepiej będzie, jeśli każdy sam ją przetestuje.

poniedziałek, 26 marca 2012

Mentalne puzzle katolicko-komunistyczne

Ksiądz Jacek Stryczek szokuje prawie każdą swoją wypowiedzią. Burzy utarte schematy, kwestionuje fałszywe oczywistości, odziera z komfortowych iluzji.

W wywiadzie dla TVP zaskoczył mnie swoim podsumowaniem katolickiej edukacji religijnej w PRL w kontekście ekonomicznym i socjalnym. Konkretnie w odniesieniu do zagadnień bogactwa, ubóstwa, przedsiębiorczości i wrażliwości na ludzką biedę. Warto obejrzeć tę półgodzinną rozmowę zwłaszcza od dwudziestej minuty.

„Nie byliśmy wychowani w prawdziwej wierze”. Jakimś dziwnym trafem wpojono nam osobliwe skrzyżowanie katolicyzmu z marksowskim komunizmem. Wierzyliśmy w to, co mówi chrześcijaństwo, że należy kochać ludzi ubogich, dawać im szansę. A jednocześnie uwierzyliśmy w teorie Marksa na temat genezy biedy, że wszystkiemu winni są ci, którzy są bogaci. To oni są źródłem zła.

W głowie przeciętnego przedstawiciela pokolenia born in the PRL zlały się więc dwa sprzeczne tłumaczenia świata. Powstało pomieszanie pojęć, z którego dopiero teraz zaczynamy się wyzwalać.

Krakowski duchowny bezlitośnie rozprawia się z poczuciem dumy wszystkich tych wierzących, którym się zdawało, że przeszli nietknięci przez „morze czerwone”. Że ani trochę ich ono nie zmoczyło. Że okazali się doskonale odporni na komunistyczną pedagogikę i propagandę.

Tymczasem niepostrzeżenie wsączył im się do głowy potężny kompleks przesądów, jakże wygodnych dla komuny: ubodzy są z istoty swej dobrzy, bogacze są z istoty swej źli.

Czy takie ujęcie to przesada? Prowokacyjny skrót myślowy?

Legendarni zachodni milionerzy faktycznie niby uchodzili za beztroskich szczęśliwców. Wiadomo było jednak, że ich szczęście jest okupione „krwią biednego”. Dlatego jawili się jako bezwzględni wyzyskiwacze, gnębiciele, pasożyty, pijawki, hieny, rekiny. Świat kapitalistyczny przedstawiał się jako wielkie akwarium wypełnione rybami pożerającymi się wzajemnie, większa mniejszą.

Dziś zdumiewa mnie łatwość, z jaką wyobraźnia godziła się w tamtych czasach z takimi obrazami rzeczywistości. Jak idealnie pasowały do siebie elementy tych dwóch różnych puzzli.

Zdumiewa mnie też powstające wówczas dość powszechnie wrażenie, że naszego świata już to wszystko nie dotyczy. Że komunizm, choć oczywiście jako taki nie do przyjęcia, jakimś skutkiem ubocznym wyeliminował tamto zło. Tak że na zawsze już pozostanie ono poza naszymi granicami. Że będzie tylko plagą krajów zachodnich.

Otwierała się w ten sposób w umysłach i sumieniach furtka do uznania, że przynajmniej to jedno komunizm zrobił dobrze: usunął mechanizm powstawania ekonomicznych dysproporcji między bogatymi i biednymi. A tym samym zlikwidował samą możliwość zrodzenia się pogardy i arogancji człowieka wobec człowieka. Zabezpieczył ludzką godność.

Możłiwe, że dla komunistów już chociażby taki stan świadomości katolików najbardziej opornych na indoktrynację był sporym osiągnięciem. Na pewno dalekim od pełnej świadomości socjalistycznej, czytaj: zniewolonego umysłu, ale jednak rokującym nadzieję na dalsze podboje. Rodzajem dogodnego przyczółka.

Dla nas jednak jest on obciążeniem. Mentalnym reliktem, który warto sobie jasno i do końca uświadomić. Umysłowym nalotem, osadem czy mułem, z którego trzeba się definitywnie oczyścić.

Zadanie to stoi przede wszystkim przed urodzonymi w PRL, ale także, choć może w mniejszym stopniu, przed urodzonymi już w postpeerelowskiej Polsce. Bo opisany stan umysłu, dopóki nie zostanie uświadomiony i przezwyciężony, może się spontanicznie replikować w nieskończoność.

Taki byłby w moim rozumieniu sens wypowiedzi krakowskiego duszpasterza. Trudno mi ocenić, ile racji jest w jego analizie peerelowskiego zanieczyszczenia prawdziwej wiary. Analizie z konieczności niezmiernie skrótowej.

Tak czy owak, wywiad daje do myślenia. I choćby z tego powodu warto było zasubskrybować blog Mariusza Kapusty proaktywnie.pl, gdzie w jednym z najnowszych wpisów znalazłem link do omówionego archiwalnego wywiadu.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Przebłyski nadziei

(Wpis z 12 września 2011 r., pierwotnie umieszczony w innym blogu, tutaj przejrzany, poprawiony i uzupełniony.)

Ostatnio prawdziwym przebojem stał się audiobook ojca Fabiana Błaszkiewicza Jestem legendą. Wyrażając jego treść w największym skrócie: Bóg chce, żeby każdy człowiek był legendą, żeby rozpoznał i rozwinął jak najpełniej złożone w nim talenty. W związku z tym stwierdziłem, że właściwie te trzy tomy Rozmów na koniec wieku, które wywiad po wywiadzie tutaj analizuję – to zapisy spotkań z legendami. Każdą z osób zaliczonych do tej plejady można uznać za wzór rozpoznania własnych talentów i zarządzania nimi.

W spotkaniach tych realizują się (zgodnie z przyjętą powyżej konwencją można powiedzieć: stają się legendami) także prowadzący te rozmowy. I dzieje się tak bez względu na moje wybrzydzanie, przypominające trochę grymasy rozkapryszonego malca, któremu obiecano coś słodkiego i faktycznie poczęstowano go pomadką z pysznym nadzieniem, on jednak okazuje rozczarowanie, bo spodziewał się, że dostanie kawał tortu.

Ale też rzeczywiście od każdej z tych urzeczywistnionych legend można by się spodziewać czegoś więcej. Na przykład już choćby po przeczytaniu krótkiego biogramu Jacka Woźniakowskiego chciałoby się dowiedzieć więcej na temat jego walki w AK, pracy w “Tygodniku Powszechnym” w trudnych latach stalinowskich, zakładania Klubów Inteligencji Katolickiej w Krakowie i w Warszawie, kierowania wydawnictwem Znak, kilkudziesięcioletniej pracy wykładowcy na KUL-u czy pracy pisarskiej. Tymczasem redaktorzy postanowili wypytać go o... wychowanie. Cóż za minimalizm! – pomyślałem w pierwszej chwili, srodze zawiedziony. I tylko wcześniejsze mocne postanowienie przeczytania wszystkich wywiadów powstrzymało mnie od przejścia od razu do następnego rozmówcy.

Charakterystyczne, że pojęcie wychowania od początku nabiera konotacji elitarnych, arystokratycznych. Otrzymać wychowanie – to nie byle co, to drogocenny dar na całe życie. Profesor zajmująco opowiada, jak to z tym było w sferach ziemiańskich, w kręgach inteligencji. Od chlubnych przykładów sprostania wyzwaniom dziejowym z kawaleryjską dezynwolturą przechodzi do polskiej wersji “zdrady klerków”, a potem dalszej erozji i degrengolady.

“Teraz inteligencja powoli ustępuje pola takim zawodom, o których istnieniu nikomu się przedtem nie śniło. Klasycznym, nowym typem jest biznesmen. Pytanie tylko, czy ten biznesmen stwarza nowy kodeks zachowania się, nowy obyczaj?
Podejrzewam, że dzisiejszy biznesmen ogląda amerykańskie filmy i może coś tam czyta. W rezultacie jego modele są bardzo mieszane, dosyć kundlowate.” (Rozmowy..., op. cit., t. I, s. 51).

Jednym z przejawów rysującego się wyraźnego upadku jest zanik dążeń samowychowawczych.

“To się nazywało praca nad charakterem. Idea pracy nad sobą, która zawierała pewną ascezę, była bardzo mocno zakorzeniona w wychowaniu. Najprzód ta praca nad sobą polegała na tym, że inni w niej pomagali, a potem trzeba było ją samemu kontynuować.
Praca nad sobą to jest pojęcie tak anachroniczne dzisiaj i tak staroświeckie, że nie bardzo widzę, aby obecnie odgrywało w pedagogice jakąś rolę.
Nie wiem, czym zostało zastąpione, ale boję się, że w wychowaniu dzisiejszym została po tym dziura” (42).

Z tych pesymistycznych diagnoz nietrudno odgadnąć, do czego może doprowadzić ten stan rzeczy w przyszłości.

Tutaj jednak od razu muszę wspomnieć o interesującym zjawisku, które być może jest sygnałem trwalszego trendu, a w każdym razie napawa pewnym optymizmem, mianowicie o powrocie do idei pracy nad sobą. Powrocie tym bardziej zaskakującym, że obserwowanym właśnie w kręgach związanych z biznesem, a konkretnie w prężnym i na wskroś współczesnym nurcie coachingu. Na przykład w najnowszym numerze “Magazynu Coaching” (5/2011) Jacek Rozenek w pewnym momencie mówi, co następuje: “W ten sposób menedżer daje najlepszy możliwy, bo osobisty przykład rozwoju i pracy nad sobą” (s. 86). Problematyce osobistego rozwoju poświęcone są liczne treningi i szkolenia, poradniki z dziedziny literatury motywacyjnej, witryny internetowe, a także społeczności na Facebooku. Praca nad sobą okazuje się niezbędna w działalności ekonomicznej. Tą oto drogą nowe zawody poznają się na wartości starych, sprawdzonych wzorców.

Niezależnie od tego z pewnością dość spora grupa młodych ludzi z “pokolenia JP2” przyjęła za program słynne słowa papieża: “musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”.

Dość wymiernym wskaźnikiem tej fali odrodzenia zainteresowań problematyką działań autopedagogicznych może być liczba i bogactwo treściowe stron internetowych, jakie prezentuje wyszukiwarka Google po wpisaniu hasła “praca nad sobą”.

Na koniec spotkania profesor formułuje swoją listę motywów życia i nadziei.

“Myślę, że nadzieja leży w poszczególnych ludziach. Poczynając od najmłodszych, u których nieraz widzi się, że potrafią naprawdę bezinteresownie zmierzać ku czemuś i próbować realizować wartości, a kończąc na bardzo wybitnych myślicielach. Poczucie, że można zaufać czyjemuś myśleniu, które jest oderwane od bezpośredniego interesu, które rzeczywiście stara się dotrzeć do jądra gęstwiny, do jądra rzeczywistości, nie pozwala obumrzeć nadziei.
Uważam, że świat jest dosyć okropny, ale od utonięcia w okropności ratują go bez przerwy wspaniałe przebłyski. Głęboko wierzę Norwidowi, który mówi, że wszystko przewieje, ale dwie rzeczy zostaną – poezja i dobroć” (52n).

Pięknie powiedziane. Oby tych przebłysków było jak najwięcej.



Postscriptum (19 listopad 2011 r.). Już po napisaniu i opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu zauważyłem na półkach księgarskich potężne, czterotomowe dzieło Napoleona Hilla Prawa sukcesu według Napoleona Hilla. Oto tytuły składających się na nie woluminów:
Na razie tylko pobieżnie przejrzałem poszczególne tomy. Nie wiem więc na przykład, na czym według autora polega różnica między pracą nad sobą a samodoskonaleniem. Dla mnie te pojęcia są tak bliskoznaczne, że właściwie stanowią jedno. Tak czy owak już z samych tytułów tej imponującej tetralogii widać, jak wielkie znaczenie ma dla tego klasyka literatury motywacyjnej zagadnienie świadomego rozwoju osobistego.

Oczywiście, można snuć podejrzenia, że w tym wypadku celem pracy nad sobą z pewnością nie będzie drogie dawnym inteligentom szczytne poświęcenie dla ojczyzny, narodu czy społeczeństwa, lecz akurat na wskroś interesowny wysiłek na rzecz zwiększenia własnej earning ability. Ale nawet gdyby faktycznie tak było, to w sumie co w tym złego? Czy dowartościowanie tego aspektu nie służy koniec końców ojczyźnie?

niedziela, 4 grudnia 2011

Cuda w sferze przyciągania

W dzisiejszy spokojny niedzielny poranek zapragnąłem przeczytać coś wyjątkowego, odświętnego. Nie jakiś ciężki, przeładowany tekst naukowy, filozoficzny czy teologiczny, lecz coś lekkiego (co nie znaczy: głupiego) i inspirującego, co dostarczyłoby mi dodatkowej porcji witaminy na cały ten grudniowy dzień.

Z książek, które miałem pod ręką, wybrałem Klucz do sekretu Joe Vitale (Helion, Gliwice 2009). W spisie treści moją uwagę przykuł rozdział pod tytułem Spodziewaj się cudów. Zaciekawił mnie. Właśnie czegoś takiego potrzebowałem.

Któż by nie pragnął cudu! Jakiejś zupełnie niespodziewanej, zasadniczej, zachwycającej życiowej odmiany. Czegoś, co wywróciłoby nużącą prozę kryzysowej codzienności. A tu jeszcze autor obiecuje cud w liczbie mnogiej. Jakby miały się zaraz wysypać niczym z torby świętego Mikołaja.

Coś w sam raz. Przeczytam, napiszę parę słów o wrażeniach z lektury i wrzucę na Facebook lub do bloga, żeby się podzielić z innymi tym fascynującym odkryciem.

Na wstępie dowiaduję się, że obiecane cuda nie przyjdą tak ot, same od siebie. Najpierw to ja muszę coś dla nich zrobić:

“(...) napisz, co chciałbyś osiągnąć albo kim chciałbyś zostać. To bardzo ważne. Kiedy głośno wyrazisz swoją intencję, dostosujesz do niej swoje myśli i zaczniesz pracować nad tym, żeby ją zrealizować. Zaczniesz stosować Prawo Przyciągania” (s. 64).

Nie ma lekko. Muszę najpierw wykonać pewną pracę. Muszę te “cuda” przyciągnąć. Ale to w sumie chyba leży w zasięgu moich możliwości. Ba, to nawet nie wydaje się takie trudne. Życzyłbym sobie i każdemu, żeby tylko takie “trudy” wypełniały całe nasze ziemskie życie.

Poczułem się jak rybak, do którego przemówiła złota rybka. Więc to takie proste! Wystarczy, że ustawię "wewnętrzny magnes", że włączę "mentalną grawitację". Wystarczy, że wypowiem życzenie. A wtedy...

“Kiedy wyrazisz swoje pragnienie wszechświatu (lub jakkolwiek inaczej nazwiesz tę Moc, która jest silniejsza od nas wszystkich), on zacznie Ci dawać to, czego chcesz, i zaaranżuje dla Ciebie sytuacje, które pomogą Ci to przyciągnąć. I wierz mi, poruszy wszystko, co stoi na Twojej drodze, abyś zrealizował swój cel i usunął wszelkie przeszkody” (loc. cit.).

Nie do wiary! Dzień zaczął się iście bajkowo.

Autor, jakby uprzedzając możliwe zarzuty i wątpliwości podkreśla, że “to nie jest magia” (loc. cit.), lecz “wykorzystanie naturalnych praw wszechświata” (por. tamże).

Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz? Dlaczego nie usłyszałem o tych “prawach wszechświata” na żadnym szczeblu swojej edukacji? Czyżby Joe Vitale chciał powiedzieć, podobnie jak Robert Kiyosaki, że szkoły uczą nie tego, co jest najważniejsze i najpotrzebniejsze do życia? Jeżeli ma rację, czym prędzej powinno się umieścić jego dzieło w kanonie lektur obowiązkowych.