Skompletowałem całe bestiarium. Jak je nazwać: bestiarium benedyktyńskie? dominikańskie? krakowskie? tynieckie? Tak czy owak, rozpoznano i szczegółowo omówiono w sumie siedem bestii-demonów. Oto one:
Siedem istot o dziwnych, skomplikowanych kształtach. Na własny użytek nazwałem je Wielką Siódemką, The Big Seven. Przez analogię do Wielkiej Piątki Afrykańskiej. Siedem dziwnych, choć wcale nie fantastycznych stworów. A właściwie potworów. Bo nie są to niewinne, sympatyczne domowe kocięta czy szczenięta. Ani też pokazowe egzotyczne zwierzęta udostępnione do bezpiecznego oglądania na wybiegu zoo lub w zwierzyńcu, wciąż niebezpieczne, nieoswojone, a jednak już pozbawione tych naturalnych instynktów potrzebnych do przetrwania w prawdziwej dziczy. Grasują na pełnej wolności. Ale nie gdzieś na bezkresnej, odludnej sawannie, lecz w społecznej gęstwinie naszej współczesnej cywilizacji. Nie napadają znienacka, lecz oplatają swe ofiary stopniowo, przez całe lata snując zdradliwe sieci i usidlając całe populacje i pokolenia. Niczym monstrualne pająki, tym bardziej niesamowite, że niewidzialne.
Tym większy też podziw należy się ich tropicielom i tropicielkom, dzielnie ścigającym je i stawiającym im czoło połączonym wysiłkiem intelektualnym i moralnym, medytacją i modlitwą. Z powagą i respektem, ale bez zabobonnego lęku. Prawdziwi metafizyczni myśliwi. Godne dzieci swych prehistorycznych praprzodków. Pasjonujące są zarówno ich wypowiedzi solowe, jak i rozmowy przy zapalonych świecach, w trakcie których wymieniają się uwagami o napotkanych tropach. Jak pradawni łowcy skupieni przy ogniskach, snujący niezwykłe opowieści i wspólnym, skoordynowanym wysiłkiem próbujący przeniknąć i okiełznać otaczające ich mroczne, tajemnicze, pełne grozy nieznane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narcyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narcyzm. Pokaż wszystkie posty
środa, 8 lutego 2012
środa, 25 stycznia 2012
Bestia narcyzmu – wytropiona, rozpoznana i opisana
Opactwo Tynieckie na swojej facebookowej stronie zamieściło link do rozważań dominikanina ojca Pawła Kozackiego na temat kolejnego demona współczesności: narcyzmu. Fakt ten przyjąłem z miłym zaskoczeniem (mam nadzieję, że nie nadmiernie narcystycznym). Bo na ten sam trop wpadłem niedawno, zupełnie niezależnie, przygotowując wpis o hiperkrytycyzmie, do którego spisania ostatecznym impulsem stały się wcześniejsze uwagi ojca Pawła o demonie czwartym, bestii krytykanctwa. (W tak zwanym „międzyczasie" o bestii piątej, demonie manipulacji, interesująco mówił benedyktyn ojciec Bernard Sawicki).
Na trop narcyzmu wpadłem dość przypadkowo. Po prostu im bardziej zastanawiałem się nad cechującą współczesnego człowieka (w tym także mnie) skwapliwością do krytykowania innych, tym wyraźniej stwierdzałem, że nie wykazuje on już takiej samej skwapliwości w odniesieniu do siebie. Jeśli nawet zdobywa się na krytyczne spojrzenie na siebie, czyni to niezmiernie delikatnie (czuły wrażliwiec), ledwo muska powierzchnię problemów i niechętnie ogłasza otoczeniu swe przelotne odkrycia. A już zupełnie nie cierpi krytyki ze strony innych. Zatem: wszyscy inni są do niczego, w najlepszym wypadku nie zasługują na uwagę, ja natomiast jestem wspaniały i nieskazitelny.
Odkryłem zatem narcyzm jako bliźniaka hiperkrytycyzmu. Hmm, „odkryłem” – jak to dumnie brzmi. Nie wiedziałem, że ojcowie dominikanie rozpoznali i szczegółowo rozpracowali tę bestię już rok wcześniej. Bo rozważania ojca Pawła pochodzą, jak informuje napis w filmie, z Wielkiego Postu 2011 roku. Więc nie mam się czym chwalić. W końcu jaki potwór jest, każdy widzi. Wokół siebie i w sobie. Wystarczy odrobina (auto)refleksji. Niemniej jednak cieszą takie zbieżności między własnymi małymi, prywatnymi „odkryciami”, a wynikami innych, bardziej zaawansowanych poszukiwań. To zawsze jest ważne potwierdzenie słuszności obranej drogi.
Bardzo dobrze, że Opactwo Tynieckie powróciło do tamtych rozważań dominikańskich, wydobyło je z audiowizualnych archiwów i wzbogaciło o nowe diagnozy i analizy aktualnych duchowych „chorób cywilizacyjnych”. Facebookowe i w ogóle internetowe posty zbyt często niestety mają krótki żywot. Ogląda się je chwilę, klika „lubię to”, daje szybką ocenę i już wzrok biegnie ku następnym. A po starszych pozostaje najwyżej jakiś nikły ślad w podświadomości. I prawie nikt już do nich nie wraca.
Tymczasem poruszają one niekiedy sprawy, które wymagają głębszej i dłuższej refleksji. Zasiane w nich ziarno myśli potrzebuje czasu, żeby mogło się zakorzenić, wzrosnąć i wydać owoce. Dobrze więc powrócić do niektórych nawet po rocznej przerwie.
Ciekawy cykl benedyktyńsko-dominikański poświęcony demonom współczesnego świata jest wspaniałym, połączonym efektem działania dwóch zakonnych charyzmatów: monastycznego odsunięcia się od świata, nie po to jednak, by uciec od szalonego i nieobliczalnego życia, lecz by z pewnego dystansu spojrzeć na nie tym trzeźwiej, oraz kaznodziejskiego dążenia do wejścia z żywym słowem w samo epicentrum współczesnego życia.
Na trop narcyzmu wpadłem dość przypadkowo. Po prostu im bardziej zastanawiałem się nad cechującą współczesnego człowieka (w tym także mnie) skwapliwością do krytykowania innych, tym wyraźniej stwierdzałem, że nie wykazuje on już takiej samej skwapliwości w odniesieniu do siebie. Jeśli nawet zdobywa się na krytyczne spojrzenie na siebie, czyni to niezmiernie delikatnie (czuły wrażliwiec), ledwo muska powierzchnię problemów i niechętnie ogłasza otoczeniu swe przelotne odkrycia. A już zupełnie nie cierpi krytyki ze strony innych. Zatem: wszyscy inni są do niczego, w najlepszym wypadku nie zasługują na uwagę, ja natomiast jestem wspaniały i nieskazitelny.
Odkryłem zatem narcyzm jako bliźniaka hiperkrytycyzmu. Hmm, „odkryłem” – jak to dumnie brzmi. Nie wiedziałem, że ojcowie dominikanie rozpoznali i szczegółowo rozpracowali tę bestię już rok wcześniej. Bo rozważania ojca Pawła pochodzą, jak informuje napis w filmie, z Wielkiego Postu 2011 roku. Więc nie mam się czym chwalić. W końcu jaki potwór jest, każdy widzi. Wokół siebie i w sobie. Wystarczy odrobina (auto)refleksji. Niemniej jednak cieszą takie zbieżności między własnymi małymi, prywatnymi „odkryciami”, a wynikami innych, bardziej zaawansowanych poszukiwań. To zawsze jest ważne potwierdzenie słuszności obranej drogi.
Bardzo dobrze, że Opactwo Tynieckie powróciło do tamtych rozważań dominikańskich, wydobyło je z audiowizualnych archiwów i wzbogaciło o nowe diagnozy i analizy aktualnych duchowych „chorób cywilizacyjnych”. Facebookowe i w ogóle internetowe posty zbyt często niestety mają krótki żywot. Ogląda się je chwilę, klika „lubię to”, daje szybką ocenę i już wzrok biegnie ku następnym. A po starszych pozostaje najwyżej jakiś nikły ślad w podświadomości. I prawie nikt już do nich nie wraca.
Tymczasem poruszają one niekiedy sprawy, które wymagają głębszej i dłuższej refleksji. Zasiane w nich ziarno myśli potrzebuje czasu, żeby mogło się zakorzenić, wzrosnąć i wydać owoce. Dobrze więc powrócić do niektórych nawet po rocznej przerwie.
Ciekawy cykl benedyktyńsko-dominikański poświęcony demonom współczesnego świata jest wspaniałym, połączonym efektem działania dwóch zakonnych charyzmatów: monastycznego odsunięcia się od świata, nie po to jednak, by uciec od szalonego i nieobliczalnego życia, lecz by z pewnego dystansu spojrzeć na nie tym trzeźwiej, oraz kaznodziejskiego dążenia do wejścia z żywym słowem w samo epicentrum współczesnego życia.
środa, 11 stycznia 2012
Hiperkrytycyzm albo jak się go pozbyć
Nie da się ukryć: człowiek współczesny jest krytyczny. Gdzie by nie spojrzał, wszędzie widzi powody do krytyki. Krytycyzm wszedł mu w krew. Stał się jego drugą naturą.
Przeniknięty nim homo za powód do dumy poczytuje sobie to, że wyrósł z dziecięcej naiwności. Dzieciństwo ma za sobą. Jest dorosły. Samodzielny. Wyemancypowany. Niczego nie da sobie tak po prostu wmówić. Wszędzie wietrzy podstęp iluzji. Wszędzie węszy pozory, obłudę, fałsz i oszustwo. W jego przenikliwych oczach nic już nie jest tym, na co wygląda, i nikt już nie jest tym, za kogo się podaje. Poza tym wszystko jest dla niego pełne usterek, marne i rażąco niedoskonałe. Wszystko jest dla niego niestałe, podważalne i podatne na kwestionowanie. Nic mu nie dogodzi.
Ten stan umysłu nie pojawił się znikąd ani od razu. Z pewnością do jego narodzin walnie przyczynił się Kartezjusz, który posiał nieufność do obrazu rzeczywistości, jaki myślącemu „ja” serwuje jego własna aparatura poznawcza. Z pewnością jego dalsze postępy umożliwili koryfeusze oświecenia, którzy postanowili wreszcie raz na zawsze wyplenić przesądy, te bezpodstawne, a mimo to szeroko rozpowszechnione pseudooczywistości i pseudopewniki, na domiar złego promowane przez rozmaite tradycje, autorytety i instytucje. Z pewnością do jego nobilitacji i rozwoju kapitalny wkład wniósł Kant, który nadał krytycznej refleksji niespotykaną dotąd rangę i którego zamysł najdobitniej wyrażają same tytuły jego głównych dzieł. Z pewnością upowszechniła go rewolucja francuska, występująca między innymi z misją zapoczątkowania ery dorosłości człowieka, wyzwolonego z okowów ciemnoty i sprzymierzonej z nią tyranii, a zamiast tego poddanego odtąd rządom Rozumu. Z pewnością zradykalizowali go i otworzyli przed nim drogę do dalszych podbojów „hermeneuci podejrzeń”: Marks, Nietzsche i Freud.
Krytyka, początkowo będąca wyłącznym przywilejem „oświeconych” i manifestująca się w elitarnych tworach kultury, z czasem zaczęła zstępować z piedestałów i katedr, mieszać się w tłum i zaglądać pod strzechy. Żywioł krytycyzmu wzmagał się, zataczał coraz szersze kręgi i przenikał stopniowo do wszystkich sfer życia.
I tutaj pojawił się problem.
Ta niezwykła roślina, do pewnego czasu jakby uśpiona w nasieniu, w pewnym momencie przebudziła się do życia, zaczęła się rozwijać i wzrastać. W dziwnie sprzyjających warunkach z czasem tak bujnie się rozrosła, że przesłoniła wszystkie inne. Tamte, pozbawione światła, coraz bardziej słabły i zanikały, aż wreszcie tu i ówdzie zaczęły całkowicie obumierać.
Czyżby ogród kultury opanował jakiś wyjątkowo zaborczy i uciążliwy chwast? Czyżby chlubie stworzenia wyrosła jakaś wielka, nieprzyjemna narośl? Czyżby to, w czym widziano główną cnotę przedstawiciela homo sapiens, w rzeczywistości okazało się przykrą przywarą?
Ewidentnie mamy do czynienia z jakimś przerostem. To już nie jest krytycyzm. To hiperkrytycyzm.
Problem jest tym bardziej dotkliwy, że z naszkicowanym z grubsza rozwojem krytycyzmu bynajmniej nie szedł w parze rozwój umiejętności przyjmowania krytyki. Przeciwnie. Człowiek jakby coraz bardziej stawał się drażliwym narcyzem, skłonnym do samouwielbienia i nie potrafiącym ścierpieć najmniejszego słowa krytyki pod swoim adresem. Choćby najbardziej słusznej.
Po tych kilku wiekach nieskrępowanego rozrostu krytycyzmu człowiek przypomina trochę owego filmowego androida wyposażonego w nożyce zamiast dłoni. Biedaczysko, czegokolwiek się tknie, wszystko potnie. I jak tu z takim rozmawiać? Jak z takim współpracować? Jak takiego pokochać?
Przeniknięty nim homo za powód do dumy poczytuje sobie to, że wyrósł z dziecięcej naiwności. Dzieciństwo ma za sobą. Jest dorosły. Samodzielny. Wyemancypowany. Niczego nie da sobie tak po prostu wmówić. Wszędzie wietrzy podstęp iluzji. Wszędzie węszy pozory, obłudę, fałsz i oszustwo. W jego przenikliwych oczach nic już nie jest tym, na co wygląda, i nikt już nie jest tym, za kogo się podaje. Poza tym wszystko jest dla niego pełne usterek, marne i rażąco niedoskonałe. Wszystko jest dla niego niestałe, podważalne i podatne na kwestionowanie. Nic mu nie dogodzi.
Ten stan umysłu nie pojawił się znikąd ani od razu. Z pewnością do jego narodzin walnie przyczynił się Kartezjusz, który posiał nieufność do obrazu rzeczywistości, jaki myślącemu „ja” serwuje jego własna aparatura poznawcza. Z pewnością jego dalsze postępy umożliwili koryfeusze oświecenia, którzy postanowili wreszcie raz na zawsze wyplenić przesądy, te bezpodstawne, a mimo to szeroko rozpowszechnione pseudooczywistości i pseudopewniki, na domiar złego promowane przez rozmaite tradycje, autorytety i instytucje. Z pewnością do jego nobilitacji i rozwoju kapitalny wkład wniósł Kant, który nadał krytycznej refleksji niespotykaną dotąd rangę i którego zamysł najdobitniej wyrażają same tytuły jego głównych dzieł. Z pewnością upowszechniła go rewolucja francuska, występująca między innymi z misją zapoczątkowania ery dorosłości człowieka, wyzwolonego z okowów ciemnoty i sprzymierzonej z nią tyranii, a zamiast tego poddanego odtąd rządom Rozumu. Z pewnością zradykalizowali go i otworzyli przed nim drogę do dalszych podbojów „hermeneuci podejrzeń”: Marks, Nietzsche i Freud.
Krytyka, początkowo będąca wyłącznym przywilejem „oświeconych” i manifestująca się w elitarnych tworach kultury, z czasem zaczęła zstępować z piedestałów i katedr, mieszać się w tłum i zaglądać pod strzechy. Żywioł krytycyzmu wzmagał się, zataczał coraz szersze kręgi i przenikał stopniowo do wszystkich sfer życia.
I tutaj pojawił się problem.
Ta niezwykła roślina, do pewnego czasu jakby uśpiona w nasieniu, w pewnym momencie przebudziła się do życia, zaczęła się rozwijać i wzrastać. W dziwnie sprzyjających warunkach z czasem tak bujnie się rozrosła, że przesłoniła wszystkie inne. Tamte, pozbawione światła, coraz bardziej słabły i zanikały, aż wreszcie tu i ówdzie zaczęły całkowicie obumierać.
Czyżby ogród kultury opanował jakiś wyjątkowo zaborczy i uciążliwy chwast? Czyżby chlubie stworzenia wyrosła jakaś wielka, nieprzyjemna narośl? Czyżby to, w czym widziano główną cnotę przedstawiciela homo sapiens, w rzeczywistości okazało się przykrą przywarą?
Ewidentnie mamy do czynienia z jakimś przerostem. To już nie jest krytycyzm. To hiperkrytycyzm.
Problem jest tym bardziej dotkliwy, że z naszkicowanym z grubsza rozwojem krytycyzmu bynajmniej nie szedł w parze rozwój umiejętności przyjmowania krytyki. Przeciwnie. Człowiek jakby coraz bardziej stawał się drażliwym narcyzem, skłonnym do samouwielbienia i nie potrafiącym ścierpieć najmniejszego słowa krytyki pod swoim adresem. Choćby najbardziej słusznej.
Po tych kilku wiekach nieskrępowanego rozrostu krytycyzmu człowiek przypomina trochę owego filmowego androida wyposażonego w nożyce zamiast dłoni. Biedaczysko, czegokolwiek się tknie, wszystko potnie. I jak tu z takim rozmawiać? Jak z takim współpracować? Jak takiego pokochać?
Subskrybuj:
Posty (Atom)