piątek, 16 grudnia 2011

Nowa jakość antropologiczna: homo assisiensis

Wśród tekstów poświęconych “polskiemu Asyżowi” moją uwagę jakoś szczególniej przyciągnął artykuł ojca Jacka Prusaka SJ Dialog lepszy niż krucjaty. Trudno o lepszą odpowiedź dla “tych, którzy boją się ducha Asyżu w polskim Kościele”. Trudno lepiej uzasadnić sens wspomnianego wydarzenia i usunąć narosłe wokół niego obawy czy małoduszne podejrzenia, posądzenia i oskarżenia. Ci zaś, których mimo to nie przekona głos jezuity opublikowany w “Tygodniku Powszechnym”, zawsze mogą sięgnąć po kapitalne przemówienie Benedykta XVI w Asyżu.

Przypomnijmy: 24 listopada b.r. odbyło się w Krakowie międzyreligijne spotkanie pod patronatem ks. kard. Stanisława Dziwisza, m.in. z udziałem ks. bp. Grzegorza Rysia. Jego pierwowzorem był Dzień Refleksji, Dialogu i Modlitwy o Pokój i Sprawiedliwość na Świecie w Asyżu, zorganizowany przez Ojca Świętego Benedykta XVI 27 października b.r. w 25. rocznicę pierwszego takiego spotkania przywódców religijnych, Światowego Dnia Modlitwy o Pokój, zwołanego 27 października 1986 r. przez bł. Jana Pawła II.

Od tegorocznego rocznicowego spotkania w Asyżu oraz jego “lokalnej”, polskiej repliki upłynęło już sporo czasu. Czy zatem pisanie o nich na blogu nie jest mocno spóźnione? Cóż to za dziwny pomysł, pisać komentarze do newsów prasowych sprzed miesiąca czy nawet dwóch.

Rzeczywiście, byłby to nonsens. Nie zależy mi jednak na komentowaniu newsów. Chyba tylko tych dotyczących wydarzeń, które pozostawiają głębszy ślad w otaczającej nas rzeczywistości. O których pamięta się dłużej. Które wyznaczają trendy.

A właśnie oba spotkania w Asyżu, tamto sprzed ćwierci wieku i to tegoroczne, a także to krakowskie – wyznaczają trend. Taką, można już chyba śmiało powiedzieć, dość trwałą tendencję dziejową. Nie tendencję samoczynną i automatyczną, lecz świadomą, intencjonalną. Tendencję tę ciekawie określił już dość dawno temu kardynał Roger Etchegaray, mówiąc entuzjastycznie, że oto na naszych oczach rodzi się nowy typ człowieka: homo assisiensis.

Wpisałem to określenie do okienka Google. Otrzymałem trzy (!) wyniki, trzy teksty: jeden francuski, jeden szwedzki i jeden chorwacki. Ilość rezultatów wyszukiwania daje wyobrażenie o tym, jakim unikatem jest termin ukuty przez francuskiego dostojnika. I jak nikły niestety znajduje jak dotąd odzew.

Pominąłem drugi i trzeci tekst z uwagi na kompletną nieznajomość obu języków, skupiłem natomiast uwagę na tekście francuskim Religions : l’oxygène du dialogue ("Religie: tlen dialogu"), który ukazał się w periodyku “La Vie”.

Jego autor, Jean Paul Guetny, pisze o wspomnianych “narodzinach” następująco:

“Drugim wielkim wydarzeniem międzyreligijnym tego stulecia było niewątpliwie spotkanie w Asyżu 27 października 1986 r. Na zaproszenie Jana Pawła II ponad 130 przedstawicieli różnych rodzin duchowych, w jednej trzeciej niechrześcijańskich, zgromadziło się w mieście świętego Franciszka na dzień postu, milczenia, modlitwy i medytacji. W wielu miejscach na świecie umilkła broń. A pół miliarda ludzi śledziło w telewizji te obrazy proste i barwne, naprawdę zdumiewające, prawdziwe “zajęcia praktyczne”, jak to ujął pewien katolicki teolog, ojciec Claude Geffré. Zgromadzeni w imię “tej rzeczywistości, która nas przekracza”, zgodnie z wyrażeniem Jana Pawła II, ci przywódcy religijni – a nie jacyś tam wolni strzelcy – z pokorą oddali się w służbę pokoju na świecie. Narodził się “homo assisiensis”, by powtórzyć formułę kardynała Rogera Etchegaray. Przekroczony został religijny jaskiniowiec”.

W ostatnim zdaniu przytoczonego cytatu Jean Paul Guetny wyraźnie nadaje formule homo assisiensis sens ewolucyjny. Mielibyśmy więc do czynienia z zupełnie nową jakością antropologiczną, jakby z zupełnie nowym tworem ewolucji. Aczkolwiek w historii każdej wielkiej religii autor wskazuje prekursorów postawy wzajemnej życzliwości. Na przykład po stronie katolickiej wymienia Rajmunda Lullusa, Mikołaja z Kuzy i Bartłomieja de Las Casas.

Co takiego jest cechą wyróżniającą tego homo assisiensis? Co odróżnia go od jego bezpośredniego poprzednika, to znaczy tamtego (najdosłowniej) “człowieka z religijnych jaskiń” (l’homme des cavernes religieuses), czyli jak rozumiem: dotychczasowego, chciałoby się powiedzieć: archaicznego już homo religiosus?

Guetny zauważa, że w dzisiejszym świecie “kiedy mówi się o religiach, czyni się to często w sposób negatywny. Przedstawia się ich członków jako nietolerancyjnych, a nawet fanatycznych i skłonnych do przemocy; ukazują się oni jako ludzie niezgody (dosłownie: “jako kobiety i mężczyźni niezgody”, des femmes et des hommes de discorde; uw. tłum. – A.Z.). Taki sposób postrzegania, choć często usprawiedliwiony, nie wystarcza jednak do pełnego opisu rzeczywistości”. Zatem homo assisiensis byłby przeciwieństwem człowieka z tamtego pierwotnego stadium, przynajmniej w tej mierze, w jakiej usprawiedliwione są wspomniane przed chwilą zarzuty. Jego podstawową cechą byłoby dążenie do wzajemnego szacunku, zrozumienia i pokojowego współistnienia, dzięki czemu wierzący różnych denominacji religijnych mogliby wnosić pełniejszy wkład w rozwój ludzkości. Dawny, “jaskiniowy” homo religiosus aż nazbyt często rozumiał religię w sposób, który prowadził do rujnujących konfliktów i wojen. Homo assisiensis oznaczałby zerwanie z tą przykrą przypadłością i tą niechlubną tradycją.

Czy Jean Paul Guetny, dając wyraz swej niechęci wobec wszelkich religijnych integryzmów, nie rozwija jednak zbyt śmiało sformułowania Rogera Etchegaray? A może to ja, próbując tutaj wniknąć głębiej w sens jego rozważań, trochę za bardzo je wyostrzam i radykalizuję?

Tak czy inaczej, patrząc w perspektywie ontogenetycznej, czyli w perspektywie rozwoju jednostki, 25 lat to już nie jest wiek niemowlęcy. Jednak patrząc w perspektywie filogenetycznej, czyli w perspektywie rozwoju gatunku, nie można jeszcze nawet mówić o “raczkowaniu”. Jaka przyszłość czeka sympatycznego, na razie jeszcze niepozornego “noworodka”?

czwartek, 15 grudnia 2011

Biznes a etyka

Dopiero niedawno "polubiłem" na Facebooku stronę religia.tv, a nie odbieram niestety tego ciekawego kanału telewizyjnego. Dlatego natrafiłem na tę interesującą serię programów dopiero na jej koniec. Ale przynajmniej zdążyłem.

Ostatni odcinek był na tyle ciekawy (pełne uznanie dla prowadzącego, ks. red. Kazimierza Sowy), że postanowiłem zapoznać się stopniowo ze wszystkimi poprzednimi.

Trzeba korzystać z zalet internetowych archiwów TV. Kiedyś, gdy zorientowałem się, że przegapiłem jakiś atrakcyjny program, pozostawało jedynie przykre poczucie żalu. Koniec, przepadło i już się nie powtórzy. Obecnie – nic straconego. Tym bardziej że poruszane tu sprawy nie należą do tych, które dezaktualizują się już po paru dniach czy tygodniach.

Na razie skompletowałem linki. Obejrzenie wszystkich odcinków zajmie trochę czasu. Bądź co bądź, to kilka godzin oglądania.

  1. Etyka a prawo
  2. Etyka a giełda
  3. Etyczny biznes w firmie. Wyzwania etyczne przedsiębiorstw
  4. Etyczny biznes w firmie. Kodeksy etyczne w firmach
  5. Etyka w instytucjach finansowych / bankach
  6. Przeklęty pieniądz
  7. Etyczne inwestowanie, czyli fundusze etyczne
  8. Etyka w biznesie a nauczanie Jana Pawła II
  9. Etyka w biznesie a wielkie religie
  10. Etyka w biznesie a wyzwania europejskich i światowych rynków. Debata

Już po obejrzeniu ostatniej części przypuszczam, że jest to cykl niezbędny zarówno dla praktyków biznesu, jak i dla teoretyków, pragnących zrozumieć człowieka jako istotę ekonomiczną (homo oeconomicus). Zagadnienie “etyka w biznesie” to także zagadnienie “etyka a ekonomia”, “etyka a liberalizm ekonomiczny”, “etyka a kapitalizm”. Cenne jest tu również to, że zagadnienia te, sądząc po tytułach, są rozpatrywane w ścisłym związku z zasadami chrześcijaństwa. Z góry można się więc domyślać, że nie ma zgody na radykalny rozdział między sferą etyki a sferą działalności ekonomicznej; na pogląd, że tam, gdzie zaczyna się biznes, kończy się etyka, abdykując na rzecz “praw” dżungli, i że wobec tego aktywny ekonomicznie człowiek wierzący skazany jest na życie w swoistej schizofrenii: z jednej strony szlachetne ideały, a z drugiej – brutalna praktyka ekonomiczna.

wtorek, 13 grudnia 2011

Qubein prawie nieznany

Kim właściwie jest Nido R. Qubein? Kolejnym ucieleśnieniem “amerykańskiego snu”? Postanowiłem zdobyć w Internecie garść trochę bardziej szczegółowych informacji o nim. Wyszukiwarka Google wysypała mi na jego temat istne zatrzęsienie różnych materiałów, zarówno tekstowych, jak i wideo. Niestety, miażdżąca większość z nich jest w języku angielskim. Ku swemu zaskoczeniu stwierdziłem, że w Polsce Qubein jest postacią raczej mało znaną.

Wśród materiałów polskich znalazłem jedną w miarę obszerną charakterystykę książki Droga do sukcesu. Oprócz niej natrafiłem jeszcze na sześć krótkich opisów (opis1, opis2, opis3, opis4, opis5, opis6), na ogół powtarzających tę samą treść, niekiedy po prostu przepisaną z okładki książki.

Znalazłem także krótkie opisy drugiej wydanej w Polsce książki Qubeina Jak być przekonującym (opis1, opis2).

Dowiedziałem się ponadto, że można po polsku przeczytać jego wstęp do książki Claude M. Bristol Uwierz w siebie. Poznaj swoją moc.

W serwisie Blip zamieszczono ciekawą myśl Qubeina.

Na pewnym forum pojawił się też interesujący wpis na temat jego tekstu The Pain of Changing Yourself. Post zawiera parę podstawowych danych biograficznych.

Kto chce dowiedzieć się więcej o życiu tej znanej w Stanach postaci, może skorzystać z obszerniejszej biografii (ale już po angielsku).

I to by było chyba wszystko. Przynajmniej jak na te pierwsze pięćset stron wyrzuconych przez Google (więcej już mi się nie chciało przeglądać). Reszta to prawie wyłącznie materiały angielskie. Wśród nich chętnie bym obejrzał np. film pod intrygującym tytułem Why Immigrants Become Millionaires. Jednak z moją znajomością angielskiego nie odniósłbym większego pożytku z opowieści niezwykłego imigranta.

Aha, wśród innych linków zauważyłem także odsyłacz do mojego poprzedniego postu nt. fragmentu książki Qubeina. To pierwszy odsyłacz do tego bloga znaleziony w Google. Wprawdzie spozycjonowany na 380. miejscu i w dodatku z błędem (dlaczego “piki” zamiast “piłki”?), ale i tak daje powód do radości. Mała rzecz, a cieszy.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Piłki od życia

Kiedy w przedostatnim wpisie porównałem postawę człowieka spodziewającego się nadchodzących pozytywnych zmian w jego życiu do postawy tenisisty czekającego na serw przeciwnika, zrodziło się we mnie dziwne wrażenie déjà vu, a raczej déjà lu. “Gdzieś już coś takiego czytałem”.

Przez kilka dni próbowałem sobie przypomnieć, gdzie ewentualnie mogło się pojawić takie porównanie. Mozolnie rekonstruowałem w pamięci skomplikowane struktury mojej aktywności czytelniczej w ostatnich tygodniach i miesiącach.

Wreszcie sięgnąłem po tę właściwą, jak się wkrótce okazało, książkę, którą jakieś pół roku temu ponownie przeczytałem po paru latach: Nido R. Qubein, Droga do sukcesu (tłum. Hanna Wrzosek, Amber, Warszawa 1998) Zacząłem ją kartkować i już po kilkudziesięciu stronach znalazłem odpowiedni fragment, od razu rzucający się w oczy, bo wyraźnie zaznaczony żółtym markerem: “życie ciągle rzuca do ciebie piłki” (s. 59).

Przeczytałem obszerniejszy fragment, w który wprawione zostało to piękne, zwięzłe zdanie. Wtedy zauważyłem, że autor czerpie swą metaforę z innej dyscypliny sportowej: z rozgrywek baseballowych.

“Wyobraź sobie, że grasz w baseball, trzymasz pałkę i czekasz właśnie na następny rzut. Pomyśl, że piłka to symbol twojego życia, a tor jej ruchu – upływ czasu. Od chwili kiedy piłka wyleci z rąk miotacza, aż do chwili, gdy dotrze do miejsca, w którym stoisz, nie masz nad nią kontroli. Jest jakby w przyszłości, poza twoją kontrolą. Przyszłość staje się teraźniejszością w chwili, gdy piłka mija linię bazy. Możesz ją odbić, albo przepuścić. Ale jeśli piłka dotknie kija, albo wpadnie do rękawicy łapacza – znów tracisz nad nią kontrolę. Jest już w przeszłości. Możesz ją wybić w trybuny, nie trafić w nią; możesz zostać wyautowany, albo przejść spacerkiem do bazy. Ale jedyny moment, kiedy masz wpływ na to, co się dzieje, to krótka chwila, gdy piłka pozostaje w obrębie bazy” (s. 59).

Najprawdopodobniej więc to tutaj tkwi źródło porównania, które przyszło mi na myśl po lekturze fragmentu z Joego Vitale.

Musiało być tak: metafora Qubeina zwróciła moją uwagę i wywarła na mnie wrażenie (zaznaczyłem ją), następnie zeszła poniżej progu świadomości (zapomniałem o niej) i wreszcie nagle w czasie refleksji nad tekstem Joego Vitale wyszła z mroku niepamięci na oświetloną scenę, jakkolwiek już w innym kostiumie: w stroju do tenisa.

Można rzec, podświadomość ją sobie twórczo przetworzyła. Dlaczego? Wyjaśnienie jest proste: nigdy nie mogłem zrozumieć zasad gry w baseball. A czy w ogóle przeciętny rodak je rozumie? Mogliśmy obejrzeć w życiu dziesiątki filmów amerykańskich zawierających krótsze lub dłuższe sceny z gry w baseball. Ale czy ktoś potrafiłby na ich podstawie dokładnie wyjaśnić jej zasady? Przedstawić sens całego tego – dla mnie po dziś dzień dość chaotycznego – biegania, rzucania, łapania i odbijania?

Trudno się więc dziwić, że baseball potajemnie przemienił mi się w bardziej klarowny tenis.

Tak czy owak, w sumie to Joe Vitale, nad którym wtedy rozmyślałem, wydobył mi z mroków podświadomości i na nowo we mnie ożywił metaforę piłek. Lecz z drugiej strony to Nido Qubein zasiał mi wpierw w umyśle to porównanie, uwrażliwił na tę sprawę i przygotował grunt dla bardziej wnikliwego odbioru tekstu Joego Vitale.

Uwielbiam takie interferencje lektur.

Bez względu na możliwe różnice, obu autorom w gruncie rzeczy chodzi o ten sam cel: przygotować się psychicznie, “by doskonale odbić doskonałą piłkę” (Droga do sukcesu, s. 60). Qubein zaleca, by być otwartym na zmiany, traktować zmianę jako wyzwanie, a nie zagrożenie, widzieć w niej siłę twórczą, a nie niszczącą (ibid., s. 60). I podobnie Vitale zachęca, by traktować zmienność rzeczywistości jako źródło szans, korzystnych okazji – słowem: jako cudowny dar od życia.

sobota, 10 grudnia 2011

Hipnotyczne "tykanie"

Muszę przyznać, że zakończenie ostatniego wpisu zaskoczyło nawet mnie jako jego autora. Nie było go w pierwotnym planie, a zrodziło się spontanicznie w trakcie pisania, dosłownie w ostatniej chwili.

Kto wie, jeszcze trochę popracuję i może zacznę pisać hipnotyczne poradniki motywacyjne. Na dobry początek zauważam, że opanowuję ten charakterystyczny sposób zwracania się do czytelnika w drugiej osobie liczby pojedynczej. (Do czytelnika – czyli do Ciebie). A skoro stosują go wytrawni amerykańscy marketingowcy, to z całą pewnością ma on bardzo realny sens i warto go sobie przyswoić. Bo w sumie mnie również jakoś automatycznie robi się miło, gdy jakiś autor piszący w Sieci (może właśnie Ty?) zwraca się do mnie w tej konwencji.

Nawiasem mówiąc, skąd wspomniani amerykańscy guru marketingu, tacy jak Joe Vitale, się tego nauczyli? Jak na to wpadli? Skąd zaczerpnęli wzory? Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym uporczywiej przychodzi mi do głowy jedna myśl: z Biblii. Przecież to w niej właśnie możemy wyczytać cały szereg przykładów, kiedy to ktoś pogrążony – zdawałoby się, już na zawsze – w smutku, przygnębieniu i marazmie, nagle słyszy skierowane wprost do niego szokujące wezwanie po imieniu, połączone z oznajmieniem jakiejś niezwykłej wieści, dobrej nowiny. (Ot, choćby na przykład Sara czy Zacheusz). I nagle spostrzega otwierającą się przed nim nową rzeczywistość, fascynującą nową perspektywę wypełnioną sensem i życiem.

Czy to nie takie właśnie kody kulturowe, zakodowane gdzieś głęboko w duszach zarówno nadawców, jak i odbiorców, są warunkiem możliwości takich hipnotycznych komunikatów i ich “zabójczej skuteczności”? Może się mylę, niemniej jednak dostrzegam tu pewne podobieństwa. Przy najbliższej okazji postaram się zasięgnąć opinii biblistów.

A tymczasem muszę jeszcze popracować trochę nad wizualną stroną tego blogowego przedsięwzięcia, tak by wszystko w nim było “gładziutkie”. W każdym razie żeby zredukować do minimum to dojmujące uczucie dyskomfortu w stworzonym przeze mnie wehikule; stworzonym dla mnie i oczywiście dla Ciebie. Bo wciąż coś w nim uwiera, niepokoi i razi. A chciałbym, żeby był wygodny, lekki i zwiewny jak latający dywan.

Rezultatem moich ostatnich starań w tym kierunku są głównie zmiany wyglądu pojedynczego postu. Z żalem pożegnałem się z drogą mi początkowo koncepcją, aby ich seria przypominała leśno-górską drogę. Także zastosowanie cieniutkiego, ale dość wyraźnego obramowania zmniejsza wrażenie napierającej z obu stron bujnej leśno-górskiej dziczy i tonuje survivalowe skojarzenia, wprowadza natomiast więcej nawiązań do cywilizacyjnych ram, rygorów i ograniczeń. W sumie jednak dzięki tym zabiegom kosmetycznym blog chyba zyskał na przejrzystości.

Trochę się tylko zacząłem obawiać, że w wyniku tych modyfikacji i tej ewolucji pojedynczy post w końcu zacznie przypominać wysmakowaną porcję lodów z bitą śmietanką, posypanych czekoladowymi wiórkami i leśnymi owocami. Choć w sumie byłoby soczyście i pysznie. A tego Tobie i sobie najserdeczniej życzę.

wtorek, 6 grudnia 2011

Pokonać zwątpienie

Zastanawiam się, jak to się stało, że do mojego poprzedniego wpisu wsączył się żartobliwy ton, a nawet nutka lekkiej ironii. W sumie był to efekt niezamierzony, niemniej jednak wynikł chyba z jakiejś głębszej przyczyny: z mojego zaskoczenia i przede wszystkim NIEDOWIERZANIA.

Po prostu przyzwyczaiłem się myśleć, że cuda są ogromną rzadkością. Poza Biblią można je znaleźć jedynie w kręgu działania świętych. Skąd więc Joe Vitale czerpie odwagę mówienia o nich tak, jakby mogły być czymś zwyczajnym i powszednim, jakby mogły się przydarzyć każdemu, kto ich zapragnie?

Sam zdecydowanie odciął się od magii. Trudno też posądzić go o szarlatanerię. Gdy się dowiedziałem, że w pewnym okresie życia ten słynny dziś na cały świat inspirator “doświadczył losu bezdomnego”, nabrałem do niego większego szacunku, niż gdybym się dowiedział, że ukończył renomowaną uczelnię. Przytoczone słowa o cudach wypowiada poważny i rozsądny człowiek. Dlaczego więc przyjąłem je ze wspomnianym wyżej, odruchowym niedowierzaniem?

Jeszcze nie zdążyłem się otrząsnąć z wrażenia, jakie wywarła na mnie fraza Joego Vitale, a już nazajutrz, czyli wczoraj, natknąłem się na kolejny, również skierowany jakby do mnie osobiście, brzmiący jak obietnica, niezwykły tekst: To będzie najlepszy rok w twoim życiu.

Przerzuciwszy parę kartek noszącej taki właśnie tytuł książki Debbie Ford znalazłem w niej słowo jeszcze mocniejsze od mojego “niedowierzania”, wskazujące na coś może jeszcze bardziej zasadniczego, słowo ZWĄTPIENIE. Autorka widzi w nim jedną z najważniejszych przeszkód blokujących człowiekowi drogę do pomyślności. W dodatku przeszkodę tym groźniejszą, że niedostrzegalną.

“Na ogół nie zdajemy sobie sprawy z siły zwątpienia, które tkwi pod powierzchnią świadomości” (s. 56).

Zwątpienie jest potężną siłą, która niepostrzeżenie “okrada nas z energii i wysysa nasz potencjał” (s. 60). Źródłem zwątpienia jest przeszłość: “zadawnione zgryzoty, urazy i żale” (loc. cit.), które bezsensownie taszczymy ze sobą przez życie niczym “stertę starych gazet” (ibid.; cytaty przytaczam z pamięci, więc może trochę niedokładnie).

Nie wiem, co Debbie Ford pomyślałaby o zaleceniu Joego Vitale. Oboje autorzy są dla mnie względnie nowym odkryciem, co nakazuje ostrożność w sądach. Sądzę jednak, że przynajmniej w jednym ważnym punkcie obojgu w równej mierze zależy na przezwyciężeniu tego samego nastawienia umysłu: swoistego stanu braku pragnień, spowodowanego głęboko zakorzenionym przeświadczeniem, że wszelkie pragnienia są daremne i bezcelowe, gdyż i tak się nie spełnią. Na pokonaniu takiego praktycznego sceptycyzmu, fatalistycznej rezygnacji, postawy, która nie pozwala spodziewać się czegokolwiek dobrego, jakichkolwiek pomyślnych wydarzeń. A tym bardziej cudów, o których mówi Vitale.

Po lekturze fragmentu książki Debbie Ford we frazie Joego Vitale podkreśliłbym dziś jej pierwszą część: “spodziewaj się”. To coś więcej niż wyrażona w formie negatywnej rada poety: “nie porzucaj nadzieje”. W słowach “spodziewaj się” jest wezwanie do maksymalnego napięcia wyczekującej uwagi, jak u tenisisty obserwującego ruchy serwującego przeciwnika.

A więc do dzieła. Oczyść przedpole, pokonaj zwątpienie, zamknij definitywnie nierozwiązane sprawy z przeszłości, wyrzuć na śmietnik “stare gazety”, zrób miejsce dla nadchodzącej nowości, fascynującej zmiany – i “spodziewaj się cudów”.

niedziela, 4 grudnia 2011

Cuda w sferze przyciągania

W dzisiejszy spokojny niedzielny poranek zapragnąłem przeczytać coś wyjątkowego, odświętnego. Nie jakiś ciężki, przeładowany tekst naukowy, filozoficzny czy teologiczny, lecz coś lekkiego (co nie znaczy: głupiego) i inspirującego, co dostarczyłoby mi dodatkowej porcji witaminy na cały ten grudniowy dzień.

Z książek, które miałem pod ręką, wybrałem Klucz do sekretu Joe Vitale (Helion, Gliwice 2009). W spisie treści moją uwagę przykuł rozdział pod tytułem Spodziewaj się cudów. Zaciekawił mnie. Właśnie czegoś takiego potrzebowałem.

Któż by nie pragnął cudu! Jakiejś zupełnie niespodziewanej, zasadniczej, zachwycającej życiowej odmiany. Czegoś, co wywróciłoby nużącą prozę kryzysowej codzienności. A tu jeszcze autor obiecuje cud w liczbie mnogiej. Jakby miały się zaraz wysypać niczym z torby świętego Mikołaja.

Coś w sam raz. Przeczytam, napiszę parę słów o wrażeniach z lektury i wrzucę na Facebook lub do bloga, żeby się podzielić z innymi tym fascynującym odkryciem.

Na wstępie dowiaduję się, że obiecane cuda nie przyjdą tak ot, same od siebie. Najpierw to ja muszę coś dla nich zrobić:

“(...) napisz, co chciałbyś osiągnąć albo kim chciałbyś zostać. To bardzo ważne. Kiedy głośno wyrazisz swoją intencję, dostosujesz do niej swoje myśli i zaczniesz pracować nad tym, żeby ją zrealizować. Zaczniesz stosować Prawo Przyciągania” (s. 64).

Nie ma lekko. Muszę najpierw wykonać pewną pracę. Muszę te “cuda” przyciągnąć. Ale to w sumie chyba leży w zasięgu moich możliwości. Ba, to nawet nie wydaje się takie trudne. Życzyłbym sobie i każdemu, żeby tylko takie “trudy” wypełniały całe nasze ziemskie życie.

Poczułem się jak rybak, do którego przemówiła złota rybka. Więc to takie proste! Wystarczy, że ustawię "wewnętrzny magnes", że włączę "mentalną grawitację". Wystarczy, że wypowiem życzenie. A wtedy...

“Kiedy wyrazisz swoje pragnienie wszechświatu (lub jakkolwiek inaczej nazwiesz tę Moc, która jest silniejsza od nas wszystkich), on zacznie Ci dawać to, czego chcesz, i zaaranżuje dla Ciebie sytuacje, które pomogą Ci to przyciągnąć. I wierz mi, poruszy wszystko, co stoi na Twojej drodze, abyś zrealizował swój cel i usunął wszelkie przeszkody” (loc. cit.).

Nie do wiary! Dzień zaczął się iście bajkowo.

Autor, jakby uprzedzając możliwe zarzuty i wątpliwości podkreśla, że “to nie jest magia” (loc. cit.), lecz “wykorzystanie naturalnych praw wszechświata” (por. tamże).

Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz? Dlaczego nie usłyszałem o tych “prawach wszechświata” na żadnym szczeblu swojej edukacji? Czyżby Joe Vitale chciał powiedzieć, podobnie jak Robert Kiyosaki, że szkoły uczą nie tego, co jest najważniejsze i najpotrzebniejsze do życia? Jeżeli ma rację, czym prędzej powinno się umieścić jego dzieło w kanonie lektur obowiązkowych.