czwartek, 22 grudnia 2011

Integracja

Dziś postanowiłem połączyć ten blog z moim profilem na Facebooku.

Serce wali jak młot, adrenalina tryska uszami... No nie, bez przesady. W końcu to nic wielkiego, zwykłe takie-sobie-pisanie.

Niemniej jednak emocje są. Długo zmagałem się z wątpliwościami. Czy to na pewno najlepszy moment? Może by tak jeszcze trochę poczekać? Dać sobie jeszcze odrobinę czasu, żeby to i owo wygładzić, udoskonalić, dopisać parę ciekawszych postów? Bo przecież mimo poprawek tyle fragmentów wciąż brzmi niezręcznie, a całość w ogóle jest daleka od ideału perfekcji.

Ale akurat dziś znów przeczytałem urywek z książki Klucz do sukcesu, w którym Joe Vitale opowiada o tym, jak pokonał uprzykrzające mu życie ataki paniki, zwłaszcza przed wystąpieniami publicznymi (op. cit., s. 111 i 118). Nie zastosowałem jeszcze polecanych przez niego technik, jednak już sam opis jego małego zwycięstwa nad samym sobą podziałał wzmacniająco.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Kultura fotela, lampy i górskiej wędrówki

Po przeniesieniu dwóch ostatnich postów z poprzedniego blogu przeprowadzka byłaby właściwie zakończona. Nigdy nie zapomnę, że to właśnie w blogosferze Onetu stawiałem pierwsze kroki w blogowaniu. Zawsze też będę pamiętał miłe pierwsze komentarze, zarówno z pierwszego, jak i drugiego podejścia, dodające niezbędnej nowicjuszowi zachęty i otuchy. Serdecznie dziękuję Autorom!

W tym nowym miejscu początkowo bardzo chciałem użyć podobnego szablonu, dającego odpowiednią oprawę i nastrój refleksji nad ciekawymi tekstami, stwarzającego doskonałe warunki dla owej “kultury fotela i lampy”, którą sam znakomicie uprawia i poleca innym ksiądz Adam Boniecki (zob. np. homilię z 6 listopada b.r. podczas mszy św. inaugurującej Festiwal Kultury Chrześcijańskiej w Łodzi, a także cytat w blogu Good save the book, wpis z 28 lipca 2010 r.). Bardzo się ucieszyłem, gdy niedawno wyczytałem to zręczne sformułowanie. Bo rzeczywiście, czytanie nie jest jakimś dodatkiem do życia, jak jakiś luksusowy gadżet. Jest dla człowieka czymś ważnym egzystencjalnie. Pomaga mu bardziej być. Jednak musi to być kultura żywa, a nie przyprawiająca jedynie o “metafizyczną drzemkę”. Najlepiej więc, pomyślałem, żeby była to kultura drogi. Chciałem, żeby to zacisze domowej biblioteki wypełnił ekscytujący nastrój wyruszenia w nieznane, żeby w twarz powiał rześki podmuch górskiego wiatru. Żeby w spotkaniach z autorami odezwał się w duszy zew intelektualnej przygody. Żeby dał się odczuć posmak urzekającej atrakcji nowych krajobrazów i horyzontów. A także niepokojące przeczucie bliskości dziczy. Bo kultura to jednak nie do końca raz na zawsze uładzony ogród. I pewien ton surowego piękna nieokiełznanej przyrody. Jak na przykład wtedy, gdy na promienne niebo wypełza złowroga, czarna chmura, skrząca się błyskawicami. Żeby dało się odczuć coś z tego, czym jest w górach stale grożące niebezpieczeństwo zabłądzenia, ale również stale obecne dobrodziejstwo znanych i pewnych punktów orientacyjnych oraz przetartych i dobrze oznakowanych szlaków.

Wszystkie te klimaty, które dość mgliście próbuję tu opisać, odnalazłem w tym oto szablonie, który postanowiłem zaadaptować na potrzeby tej kontynuacji mojego blogu. W sumie przyroda zapewnia takie samo medytacyjne skupienie i wyciszenie jak przytulny pokój wypełniony książkami. Może tyle tylko, że jej łono nie jest tak wygodne jak swojski fotel, a kawa z termosu nie smakuje tak wyśmienicie jak z ulubionej filiżanki. Ale liczy się tylko jedno: zagłębienie się w wartości.

Świat coraz większych pozorów

(Przejrzany wpis z 27 września 2011 r., pierwotnie umieszczony w innym blogu).

Kolejny interlokutor, Krzysztof Piesiewicz, od dwóch lat jest bohaterem mediów, tworzących wokół niego atmosferę skandalu i sensacji. Nagle uświadomiłem sobie, jak mało o nim wiem. Kim on właściwie jest, że autorzy tych wywiadów kilkanaście lat temu zaliczyli go do polskiego Areopagu z przełomu tysiącleci?

Już z krótkiego biogramu na wstępie wyłania się bogata, wielowymiarowa osobowość. Pierwszy jej wymiar stał się ostatnio tak znany, że przesłonił pozostałe: polityk. Drugi wymiar to artysta, “współautor scenariuszy do filmów Krzysztofa Kieślowskiego” (56). A więc światowe kino, międzynarodowe festiwale, prestiżowe nagrody, sława. Wreszcie trzeci wymiar to prawnik, “oskarżyciel posiłkowy w procesie zabójców księdza Jerzego Popiełuszki” (56).

Moją uwagę przykuwa szczególnie ten ostatni aspekt. Wpisuję do okienka Google oba nazwiska obok siebie. Otrzymuję całą serię tekstów wprowadzających w samo epicentrum najnowszej historii. Zaciekła walka demokratycznej opozycji z totalitarnym reżimem, wściekłe kontrataki władzy komunistycznej, seria tajemniczych, niewyjaśnionych morderstw, służby specjalne, komando śmierci... Wieje coraz większą powagą i coraz większą grozą.

Wracam do współczesności. Staram się zrozumieć, kim są współcześni prześladowcy senatora. Czy to zwykły gang szantażystów liczących na ciężkie pieniądze, czy jakaś macka mrocznych sił komunizmu, byli tajni agenci załatwiający stare porachunki? Po raz pierwszy oglądam filmik mający skompromitować polityka. Wsłuchuję się w porażające prymitywizmem sekwencje werbalne emitowane przez muzę, uczynnie podającą donosowo bezbronnemu jak niemowlę starszemu panu “sproszkowane lekarstwo”. Zachodzę w głowę, czym mogła tak zauroczyć kogoś z takimi zasługami i autorytetem. Żenada. Wieje groteską.

Ponownie czytam wywiad z Rozmów na koniec wieku. Redaktorzy próbują skupić rozmowę wokół tematu “Wstyd i nagość”. Rozmówca ujmuje go w szerszej perspektywie antropologicznej i kulturowej. W sumie wyłania się ciekawy obraz sytuacji współczesnego człowieka.

“Bo tak naprawdę największą tęsknotą, jaką nosimy w sobie, jest spełnienie się w miłości. I największym cierpieniem, jakie w sobie nosimy, często nieuświadomionym, jest brak tego spełnienia” (67).

Cóż takiego sprawia, że człowiek nie może osiągnąć tego “spełnienia się w miłości”? Co jest przyczyną tej masowej tragedii niespełnienia?

“Bo wielka miłość zaczyna być trudna. Ludzie często nie są w stanie tego udźwignąć, czują lęk przed czymś wspaniałym, wielkim, nieznanym. To jest świat coraz słabiej poznawalny i ludzie boją się go, choć jednocześnie tęsknią za nim” (62).

Przyczyną niespełnienia jest więc jakaś wewnętrzna ludzka słabość, rodząca “lęki i frustracje” (58). Tutaj współczesna kultura przychodzi człowiekowi ze swoistą pomocą: pomaga mu oszukać głód tego spełnienia, wynajduje mu zastępcze realizacje jego erotyki, otacza go fantasmagoryczną ikonosferą łatwo dostępnego przedmiotu pożądania: “cielesności wypreparowanej od ducha, od uczuć” (58), cielesności nagiego instynktu, wyzbytej poczucia godności i niezgody na traktowanie utylitarne. Organizuje zakrojoną na szeroką skalę, wspomaganą techniką “wielką wyprzedaż nagości” (59). Osacza go rojami i chmarami “erotycznych fantomów” (63), “porozbieranych fantomów” (65).

Zrażony trudnością twardej rzeczywistości człowiek pogrąża się w zjawiskowej ułudzie “odczłowieczonych piękności” (61). Wybiera namiastkę celu swych pragnień, zadowala się małym, ale łatwo osiągalnym, tanim szczęściem. Anonimowym, niewymagającym, nieangażującym.

Rzeczywistość w jej prawdzie staje się niewygodna. Trzeba ją usunąć z pola widzenia, przesłonić, przykryć, zamaskować, zakamuflować. To odczucie niedogodności realu przejawia się na każdym kroku. W pewnym momencie Piesiewicz zwraca uwagę na rutynowy telewizyjny zabieg charakteryzacji.

“Nim włączono tu kamery, strasznie nas czymś smarowano i to mnie troszeczkę denerwowało, bo to znaczy, że też wchodzimy w tę konwencję. Ludzie potrzebują niezmęczonych twarzy na ekranie. A dlaczego mają być niezmęczone? Dlaczego ludzie mają oglądać tylko lalki? Dlaczego ta moja zmarszczka została przykryta jakąś mazią? Żyjemy w świecie coraz większych pozorów. Bo to, że jesteśmy tak usmarowani, również jest zgodą na nieprawdę” (61).

Jak by na to nie spojrzeć, zrekonstruowana powyżej z luźnych uwag i spostrzeżeń wizja oznacza de facto kapitulację człowieka przed miłością. I upadek. W iluzję. Stajemy w samym środku współczesnej platońskiej jaskini w całej jej smutnej, choć tak przecież feerycznej okazałości. Czy widać jakieś światełko dla człowieka spowitego w mroki tej rozmigotanej nierzeczywistości? “Brak nadziei to jest piekło” (67), zauważa Piesiewicz. Na szczęście “wszyscy noszą w sobie nadzieję i to jest siła, potworna siła, która – jeżeli nie da się oszukać – może odmienić świat” (67). Można jednak odnieść wrażenie, że ta optymistyczna końcowa deklaracja pozostaje jak gdyby zawieszona w próżni. Nie dowiadujemy się już, jak nie dać się oszukać.

Przebłyski nadziei

(Wpis z 12 września 2011 r., pierwotnie umieszczony w innym blogu, tutaj przejrzany, poprawiony i uzupełniony.)

Ostatnio prawdziwym przebojem stał się audiobook ojca Fabiana Błaszkiewicza Jestem legendą. Wyrażając jego treść w największym skrócie: Bóg chce, żeby każdy człowiek był legendą, żeby rozpoznał i rozwinął jak najpełniej złożone w nim talenty. W związku z tym stwierdziłem, że właściwie te trzy tomy Rozmów na koniec wieku, które wywiad po wywiadzie tutaj analizuję – to zapisy spotkań z legendami. Każdą z osób zaliczonych do tej plejady można uznać za wzór rozpoznania własnych talentów i zarządzania nimi.

W spotkaniach tych realizują się (zgodnie z przyjętą powyżej konwencją można powiedzieć: stają się legendami) także prowadzący te rozmowy. I dzieje się tak bez względu na moje wybrzydzanie, przypominające trochę grymasy rozkapryszonego malca, któremu obiecano coś słodkiego i faktycznie poczęstowano go pomadką z pysznym nadzieniem, on jednak okazuje rozczarowanie, bo spodziewał się, że dostanie kawał tortu.

Ale też rzeczywiście od każdej z tych urzeczywistnionych legend można by się spodziewać czegoś więcej. Na przykład już choćby po przeczytaniu krótkiego biogramu Jacka Woźniakowskiego chciałoby się dowiedzieć więcej na temat jego walki w AK, pracy w “Tygodniku Powszechnym” w trudnych latach stalinowskich, zakładania Klubów Inteligencji Katolickiej w Krakowie i w Warszawie, kierowania wydawnictwem Znak, kilkudziesięcioletniej pracy wykładowcy na KUL-u czy pracy pisarskiej. Tymczasem redaktorzy postanowili wypytać go o... wychowanie. Cóż za minimalizm! – pomyślałem w pierwszej chwili, srodze zawiedziony. I tylko wcześniejsze mocne postanowienie przeczytania wszystkich wywiadów powstrzymało mnie od przejścia od razu do następnego rozmówcy.

Charakterystyczne, że pojęcie wychowania od początku nabiera konotacji elitarnych, arystokratycznych. Otrzymać wychowanie – to nie byle co, to drogocenny dar na całe życie. Profesor zajmująco opowiada, jak to z tym było w sferach ziemiańskich, w kręgach inteligencji. Od chlubnych przykładów sprostania wyzwaniom dziejowym z kawaleryjską dezynwolturą przechodzi do polskiej wersji “zdrady klerków”, a potem dalszej erozji i degrengolady.

“Teraz inteligencja powoli ustępuje pola takim zawodom, o których istnieniu nikomu się przedtem nie śniło. Klasycznym, nowym typem jest biznesmen. Pytanie tylko, czy ten biznesmen stwarza nowy kodeks zachowania się, nowy obyczaj?
Podejrzewam, że dzisiejszy biznesmen ogląda amerykańskie filmy i może coś tam czyta. W rezultacie jego modele są bardzo mieszane, dosyć kundlowate.” (Rozmowy..., op. cit., t. I, s. 51).

Jednym z przejawów rysującego się wyraźnego upadku jest zanik dążeń samowychowawczych.

“To się nazywało praca nad charakterem. Idea pracy nad sobą, która zawierała pewną ascezę, była bardzo mocno zakorzeniona w wychowaniu. Najprzód ta praca nad sobą polegała na tym, że inni w niej pomagali, a potem trzeba było ją samemu kontynuować.
Praca nad sobą to jest pojęcie tak anachroniczne dzisiaj i tak staroświeckie, że nie bardzo widzę, aby obecnie odgrywało w pedagogice jakąś rolę.
Nie wiem, czym zostało zastąpione, ale boję się, że w wychowaniu dzisiejszym została po tym dziura” (42).

Z tych pesymistycznych diagnoz nietrudno odgadnąć, do czego może doprowadzić ten stan rzeczy w przyszłości.

Tutaj jednak od razu muszę wspomnieć o interesującym zjawisku, które być może jest sygnałem trwalszego trendu, a w każdym razie napawa pewnym optymizmem, mianowicie o powrocie do idei pracy nad sobą. Powrocie tym bardziej zaskakującym, że obserwowanym właśnie w kręgach związanych z biznesem, a konkretnie w prężnym i na wskroś współczesnym nurcie coachingu. Na przykład w najnowszym numerze “Magazynu Coaching” (5/2011) Jacek Rozenek w pewnym momencie mówi, co następuje: “W ten sposób menedżer daje najlepszy możliwy, bo osobisty przykład rozwoju i pracy nad sobą” (s. 86). Problematyce osobistego rozwoju poświęcone są liczne treningi i szkolenia, poradniki z dziedziny literatury motywacyjnej, witryny internetowe, a także społeczności na Facebooku. Praca nad sobą okazuje się niezbędna w działalności ekonomicznej. Tą oto drogą nowe zawody poznają się na wartości starych, sprawdzonych wzorców.

Niezależnie od tego z pewnością dość spora grupa młodych ludzi z “pokolenia JP2” przyjęła za program słynne słowa papieża: “musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”.

Dość wymiernym wskaźnikiem tej fali odrodzenia zainteresowań problematyką działań autopedagogicznych może być liczba i bogactwo treściowe stron internetowych, jakie prezentuje wyszukiwarka Google po wpisaniu hasła “praca nad sobą”.

Na koniec spotkania profesor formułuje swoją listę motywów życia i nadziei.

“Myślę, że nadzieja leży w poszczególnych ludziach. Poczynając od najmłodszych, u których nieraz widzi się, że potrafią naprawdę bezinteresownie zmierzać ku czemuś i próbować realizować wartości, a kończąc na bardzo wybitnych myślicielach. Poczucie, że można zaufać czyjemuś myśleniu, które jest oderwane od bezpośredniego interesu, które rzeczywiście stara się dotrzeć do jądra gęstwiny, do jądra rzeczywistości, nie pozwala obumrzeć nadziei.
Uważam, że świat jest dosyć okropny, ale od utonięcia w okropności ratują go bez przerwy wspaniałe przebłyski. Głęboko wierzę Norwidowi, który mówi, że wszystko przewieje, ale dwie rzeczy zostaną – poezja i dobroć” (52n).

Pięknie powiedziane. Oby tych przebłysków było jak najwięcej.



Postscriptum (19 listopad 2011 r.). Już po napisaniu i opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu zauważyłem na półkach księgarskich potężne, czterotomowe dzieło Napoleona Hilla Prawa sukcesu według Napoleona Hilla. Oto tytuły składających się na nie woluminów:
Na razie tylko pobieżnie przejrzałem poszczególne tomy. Nie wiem więc na przykład, na czym według autora polega różnica między pracą nad sobą a samodoskonaleniem. Dla mnie te pojęcia są tak bliskoznaczne, że właściwie stanowią jedno. Tak czy owak już z samych tytułów tej imponującej tetralogii widać, jak wielkie znaczenie ma dla tego klasyka literatury motywacyjnej zagadnienie świadomego rozwoju osobistego.

Oczywiście, można snuć podejrzenia, że w tym wypadku celem pracy nad sobą z pewnością nie będzie drogie dawnym inteligentom szczytne poświęcenie dla ojczyzny, narodu czy społeczeństwa, lecz akurat na wskroś interesowny wysiłek na rzecz zwiększenia własnej earning ability. Ale nawet gdyby faktycznie tak było, to w sumie co w tym złego? Czy dowartościowanie tego aspektu nie służy koniec końców ojczyźnie?

piątek, 16 grudnia 2011

Nowa jakość antropologiczna: homo assisiensis

Wśród tekstów poświęconych “polskiemu Asyżowi” moją uwagę jakoś szczególniej przyciągnął artykuł ojca Jacka Prusaka SJ Dialog lepszy niż krucjaty. Trudno o lepszą odpowiedź dla “tych, którzy boją się ducha Asyżu w polskim Kościele”. Trudno lepiej uzasadnić sens wspomnianego wydarzenia i usunąć narosłe wokół niego obawy czy małoduszne podejrzenia, posądzenia i oskarżenia. Ci zaś, których mimo to nie przekona głos jezuity opublikowany w “Tygodniku Powszechnym”, zawsze mogą sięgnąć po kapitalne przemówienie Benedykta XVI w Asyżu.

Przypomnijmy: 24 listopada b.r. odbyło się w Krakowie międzyreligijne spotkanie pod patronatem ks. kard. Stanisława Dziwisza, m.in. z udziałem ks. bp. Grzegorza Rysia. Jego pierwowzorem był Dzień Refleksji, Dialogu i Modlitwy o Pokój i Sprawiedliwość na Świecie w Asyżu, zorganizowany przez Ojca Świętego Benedykta XVI 27 października b.r. w 25. rocznicę pierwszego takiego spotkania przywódców religijnych, Światowego Dnia Modlitwy o Pokój, zwołanego 27 października 1986 r. przez bł. Jana Pawła II.

Od tegorocznego rocznicowego spotkania w Asyżu oraz jego “lokalnej”, polskiej repliki upłynęło już sporo czasu. Czy zatem pisanie o nich na blogu nie jest mocno spóźnione? Cóż to za dziwny pomysł, pisać komentarze do newsów prasowych sprzed miesiąca czy nawet dwóch.

Rzeczywiście, byłby to nonsens. Nie zależy mi jednak na komentowaniu newsów. Chyba tylko tych dotyczących wydarzeń, które pozostawiają głębszy ślad w otaczającej nas rzeczywistości. O których pamięta się dłużej. Które wyznaczają trendy.

A właśnie oba spotkania w Asyżu, tamto sprzed ćwierci wieku i to tegoroczne, a także to krakowskie – wyznaczają trend. Taką, można już chyba śmiało powiedzieć, dość trwałą tendencję dziejową. Nie tendencję samoczynną i automatyczną, lecz świadomą, intencjonalną. Tendencję tę ciekawie określił już dość dawno temu kardynał Roger Etchegaray, mówiąc entuzjastycznie, że oto na naszych oczach rodzi się nowy typ człowieka: homo assisiensis.

Wpisałem to określenie do okienka Google. Otrzymałem trzy (!) wyniki, trzy teksty: jeden francuski, jeden szwedzki i jeden chorwacki. Ilość rezultatów wyszukiwania daje wyobrażenie o tym, jakim unikatem jest termin ukuty przez francuskiego dostojnika. I jak nikły niestety znajduje jak dotąd odzew.

Pominąłem drugi i trzeci tekst z uwagi na kompletną nieznajomość obu języków, skupiłem natomiast uwagę na tekście francuskim Religions : l’oxygène du dialogue ("Religie: tlen dialogu"), który ukazał się w periodyku “La Vie”.

Jego autor, Jean Paul Guetny, pisze o wspomnianych “narodzinach” następująco:

“Drugim wielkim wydarzeniem międzyreligijnym tego stulecia było niewątpliwie spotkanie w Asyżu 27 października 1986 r. Na zaproszenie Jana Pawła II ponad 130 przedstawicieli różnych rodzin duchowych, w jednej trzeciej niechrześcijańskich, zgromadziło się w mieście świętego Franciszka na dzień postu, milczenia, modlitwy i medytacji. W wielu miejscach na świecie umilkła broń. A pół miliarda ludzi śledziło w telewizji te obrazy proste i barwne, naprawdę zdumiewające, prawdziwe “zajęcia praktyczne”, jak to ujął pewien katolicki teolog, ojciec Claude Geffré. Zgromadzeni w imię “tej rzeczywistości, która nas przekracza”, zgodnie z wyrażeniem Jana Pawła II, ci przywódcy religijni – a nie jacyś tam wolni strzelcy – z pokorą oddali się w służbę pokoju na świecie. Narodził się “homo assisiensis”, by powtórzyć formułę kardynała Rogera Etchegaray. Przekroczony został religijny jaskiniowiec”.

W ostatnim zdaniu przytoczonego cytatu Jean Paul Guetny wyraźnie nadaje formule homo assisiensis sens ewolucyjny. Mielibyśmy więc do czynienia z zupełnie nową jakością antropologiczną, jakby z zupełnie nowym tworem ewolucji. Aczkolwiek w historii każdej wielkiej religii autor wskazuje prekursorów postawy wzajemnej życzliwości. Na przykład po stronie katolickiej wymienia Rajmunda Lullusa, Mikołaja z Kuzy i Bartłomieja de Las Casas.

Co takiego jest cechą wyróżniającą tego homo assisiensis? Co odróżnia go od jego bezpośredniego poprzednika, to znaczy tamtego (najdosłowniej) “człowieka z religijnych jaskiń” (l’homme des cavernes religieuses), czyli jak rozumiem: dotychczasowego, chciałoby się powiedzieć: archaicznego już homo religiosus?

Guetny zauważa, że w dzisiejszym świecie “kiedy mówi się o religiach, czyni się to często w sposób negatywny. Przedstawia się ich członków jako nietolerancyjnych, a nawet fanatycznych i skłonnych do przemocy; ukazują się oni jako ludzie niezgody (dosłownie: “jako kobiety i mężczyźni niezgody”, des femmes et des hommes de discorde; uw. tłum. – A.Z.). Taki sposób postrzegania, choć często usprawiedliwiony, nie wystarcza jednak do pełnego opisu rzeczywistości”. Zatem homo assisiensis byłby przeciwieństwem człowieka z tamtego pierwotnego stadium, przynajmniej w tej mierze, w jakiej usprawiedliwione są wspomniane przed chwilą zarzuty. Jego podstawową cechą byłoby dążenie do wzajemnego szacunku, zrozumienia i pokojowego współistnienia, dzięki czemu wierzący różnych denominacji religijnych mogliby wnosić pełniejszy wkład w rozwój ludzkości. Dawny, “jaskiniowy” homo religiosus aż nazbyt często rozumiał religię w sposób, który prowadził do rujnujących konfliktów i wojen. Homo assisiensis oznaczałby zerwanie z tą przykrą przypadłością i tą niechlubną tradycją.

Czy Jean Paul Guetny, dając wyraz swej niechęci wobec wszelkich religijnych integryzmów, nie rozwija jednak zbyt śmiało sformułowania Rogera Etchegaray? A może to ja, próbując tutaj wniknąć głębiej w sens jego rozważań, trochę za bardzo je wyostrzam i radykalizuję?

Tak czy inaczej, patrząc w perspektywie ontogenetycznej, czyli w perspektywie rozwoju jednostki, 25 lat to już nie jest wiek niemowlęcy. Jednak patrząc w perspektywie filogenetycznej, czyli w perspektywie rozwoju gatunku, nie można jeszcze nawet mówić o “raczkowaniu”. Jaka przyszłość czeka sympatycznego, na razie jeszcze niepozornego “noworodka”?

czwartek, 15 grudnia 2011

Biznes a etyka

Dopiero niedawno "polubiłem" na Facebooku stronę religia.tv, a nie odbieram niestety tego ciekawego kanału telewizyjnego. Dlatego natrafiłem na tę interesującą serię programów dopiero na jej koniec. Ale przynajmniej zdążyłem.

Ostatni odcinek był na tyle ciekawy (pełne uznanie dla prowadzącego, ks. red. Kazimierza Sowy), że postanowiłem zapoznać się stopniowo ze wszystkimi poprzednimi.

Trzeba korzystać z zalet internetowych archiwów TV. Kiedyś, gdy zorientowałem się, że przegapiłem jakiś atrakcyjny program, pozostawało jedynie przykre poczucie żalu. Koniec, przepadło i już się nie powtórzy. Obecnie – nic straconego. Tym bardziej że poruszane tu sprawy nie należą do tych, które dezaktualizują się już po paru dniach czy tygodniach.

Na razie skompletowałem linki. Obejrzenie wszystkich odcinków zajmie trochę czasu. Bądź co bądź, to kilka godzin oglądania.

  1. Etyka a prawo
  2. Etyka a giełda
  3. Etyczny biznes w firmie. Wyzwania etyczne przedsiębiorstw
  4. Etyczny biznes w firmie. Kodeksy etyczne w firmach
  5. Etyka w instytucjach finansowych / bankach
  6. Przeklęty pieniądz
  7. Etyczne inwestowanie, czyli fundusze etyczne
  8. Etyka w biznesie a nauczanie Jana Pawła II
  9. Etyka w biznesie a wielkie religie
  10. Etyka w biznesie a wyzwania europejskich i światowych rynków. Debata

Już po obejrzeniu ostatniej części przypuszczam, że jest to cykl niezbędny zarówno dla praktyków biznesu, jak i dla teoretyków, pragnących zrozumieć człowieka jako istotę ekonomiczną (homo oeconomicus). Zagadnienie “etyka w biznesie” to także zagadnienie “etyka a ekonomia”, “etyka a liberalizm ekonomiczny”, “etyka a kapitalizm”. Cenne jest tu również to, że zagadnienia te, sądząc po tytułach, są rozpatrywane w ścisłym związku z zasadami chrześcijaństwa. Z góry można się więc domyślać, że nie ma zgody na radykalny rozdział między sferą etyki a sferą działalności ekonomicznej; na pogląd, że tam, gdzie zaczyna się biznes, kończy się etyka, abdykując na rzecz “praw” dżungli, i że wobec tego aktywny ekonomicznie człowiek wierzący skazany jest na życie w swoistej schizofrenii: z jednej strony szlachetne ideały, a z drugiej – brutalna praktyka ekonomiczna.

wtorek, 13 grudnia 2011

Qubein prawie nieznany

Kim właściwie jest Nido R. Qubein? Kolejnym ucieleśnieniem “amerykańskiego snu”? Postanowiłem zdobyć w Internecie garść trochę bardziej szczegółowych informacji o nim. Wyszukiwarka Google wysypała mi na jego temat istne zatrzęsienie różnych materiałów, zarówno tekstowych, jak i wideo. Niestety, miażdżąca większość z nich jest w języku angielskim. Ku swemu zaskoczeniu stwierdziłem, że w Polsce Qubein jest postacią raczej mało znaną.

Wśród materiałów polskich znalazłem jedną w miarę obszerną charakterystykę książki Droga do sukcesu. Oprócz niej natrafiłem jeszcze na sześć krótkich opisów (opis1, opis2, opis3, opis4, opis5, opis6), na ogół powtarzających tę samą treść, niekiedy po prostu przepisaną z okładki książki.

Znalazłem także krótkie opisy drugiej wydanej w Polsce książki Qubeina Jak być przekonującym (opis1, opis2).

Dowiedziałem się ponadto, że można po polsku przeczytać jego wstęp do książki Claude M. Bristol Uwierz w siebie. Poznaj swoją moc.

W serwisie Blip zamieszczono ciekawą myśl Qubeina.

Na pewnym forum pojawił się też interesujący wpis na temat jego tekstu The Pain of Changing Yourself. Post zawiera parę podstawowych danych biograficznych.

Kto chce dowiedzieć się więcej o życiu tej znanej w Stanach postaci, może skorzystać z obszerniejszej biografii (ale już po angielsku).

I to by było chyba wszystko. Przynajmniej jak na te pierwsze pięćset stron wyrzuconych przez Google (więcej już mi się nie chciało przeglądać). Reszta to prawie wyłącznie materiały angielskie. Wśród nich chętnie bym obejrzał np. film pod intrygującym tytułem Why Immigrants Become Millionaires. Jednak z moją znajomością angielskiego nie odniósłbym większego pożytku z opowieści niezwykłego imigranta.

Aha, wśród innych linków zauważyłem także odsyłacz do mojego poprzedniego postu nt. fragmentu książki Qubeina. To pierwszy odsyłacz do tego bloga znaleziony w Google. Wprawdzie spozycjonowany na 380. miejscu i w dodatku z błędem (dlaczego “piki” zamiast “piłki”?), ale i tak daje powód do radości. Mała rzecz, a cieszy.